Dzień 3 Niebo – Wyśniony raj

01:30 ”’Walka na poduszki zakazanymi technikami”’
::Postaraj się „zdjąć poduszką” jak najwięcej osób.
08:30 ”’SUMMER PANIC @ Domu Otchłani”’
::Letni festiwal muzyczny „Summer Panic” rozkołysze Dom Otchłani♪
12:15 ”’Piekielny Grill”’
::Tylko postarajcie sami się nie upiec…
15:40 ”’Procedury przeniesienia”’
17:30 ”’ Błoga dla oka impreza w kostiumach kąpielowych”’
::Szkolne kostiumy kąpielowe, bikini, mankini itp…
20:15 ”’Ceremonia Zakończenia”’
::Wybory NPO (Najlepszego Pośród Osadzonych)


PsyCome_V2_219
image-1124

==Dzień 2. Czyściec, ciąg dalszy – Życie jest krótkie, więc zarżnij ich, póki możesz, maleńka / „Knockin’ on Hell’s Door”==

– W takim tempie wyjście z Morza Drzew i dotarcie do Domu Otchłani zajmie nam mniej więcej dwie godziny, ale powinniśmy na wszelki wypadek trochę przyspieszyć, bo koło 19 robi się już ciemno, a po zmroku trudno będzie odnaleźć znaki.

Eiri, prowadząca grupę przez mroczny las, nie zatrzymywała się nawet na chwilę; rzadko kiedy spoglądała jedynie na ślady, jakie wcześniej zostawiła, co sprawiało, że jej towarzysze czuli się o wiele pewniej.

– Niesamowite – powiedziała z podziwem Maina. – Eiruś, jesteś naprawdę wspaniała! Ani trochę się nie zgubiłaś.

– Te znaki są w całkiem sporej odległości od siebie… Zapamiętałaś całą drogę?

Nie zatrzymując się, Eiri chłodnym głosem odpowiedziała na pytanie Kyousuke.

– Oczywiście. Te znaki zostawiałam jedynie na wszelki wypadek. Kiedyś w ramach edukacji rodzina porzuciła mnie w jeszcze głębszym lesie na o wiele większym odludziu. W dodatku zawiązali mi wtedy oczy… Nawet te zapasy jedzenia i wody, jakie mamy, są o niebo lepsze niż to, czym wtedy dysponowałam. Ten spacer jest tak łatwy, że zaraz chyba zasnę na stojąco.

– Rany. Nawet taka spartańska edukacja powinna mieć jakieś granice. Kiedy to w ogóle było?

– Jak miałam pięć lat.

– Ile?! Przecież byłaś wtedy przedszkolakiem… Rany, cud, że w ogóle przeżyłaś.

– Niespecjalnie. Zresztą to był dopiero początek. Cóż, nigdy nie prosiłam o tak szaloną rodzinkę.

– Hmm… – Lekceważąca odpowiedź dziewczyny odebrała Kyousuke mowę.

Eiri wywodziła się z rodu Akabane, szanowanej od wieków grupy zawodowych zabójców, a sposób, w jaki ją wychowywano, był równie nienormalny, jak dziedzictwo jej rodziny. Kyousuke nie mógł sobie wyobrazić, co takiego drzemało w jej sercu, kiedy stwierdziła, że jej rodzice i rodzeństwo są szaleni. To po prostu nie mieściło mu się w głowie.
W końcu dla niego to właśnie rodzina była najważniejsza.
I nie chodziło tu tylko o jego siostrę. Kochał także swoich rodziców, chociaż wymykali się zdrowemu rozsądkowi i bez przerwy podróżowali po całym świecie.
Z zamyślenia wyciągnął go głos Eiri:

– Przy okazji, musimy uważać na jeszcze jedną rzecz, prawda?

Eiri rozglądała się dookoła, jakby wypatrywała kogoś ukrytego pomiędzy otaczającymi ich drzewami. Ten widok wystarczył, aby ponownie zestresować Kyousuke.

– Jeśli Syamaya chce nas zaatakować, to ta sytuacja jest dla niej jak gwiazdka z nieba. Albo raczej, jej jedyna szansa, aby uderzyć, bo po powrocie do szkoły nie będzie miała zbyt wiele okazji, żeby w ogóle na nas wpaść.

– No tak, racja. – Kyouske pokiwał głową.

W Zakładzie Poprawczym Czyściec, co prawda, nie istniała żadna zasada zabraniająca kontaktu ze starszymi uczniami, jednak wszelkie próby interakcji między nimi nie były mile widziane. Brakowało zresztą do tego okazji, ponieważ byli rozdzieleni, więc dla Kyousuke i pozostałych uczniów Zakład Otwarty stanowił pierwszą okazję, aby spotkać kogoś ze starszaków. Poza tym gdyby takie spotkanie miało miejsce w szkole (nieważne, czy zgodne z zasadami), przyciągnęłoby uwagę zarówno wszystkich osadzonych, jak i nauczycieli. W głębi lasu Kyousuke i dziewczyny byli jednak pozostawieni sami sobie, dlatego mogli robić, co tylko chcieli, nawet bezkarnie kogoś zabić.

– Nie mogę uwierzyć, że komuś w szkole przyszło do głowy… wypuścić tak na wolność grupę morderców. Czy to czasem nie jest ucieczka? Co, jeśli ktoś naprawdę będzie chciał zbiec, ukryje się albo zacznie zabijać innych? Jak niby będą chcieli to zatuszować? – rzucił Kyousuke nerwowo.

– Z-Zabijać innych… Auauaua. C-C-C-C-C-C-Co zrobimy?! – Maina zaczęła strachliwie rozglądać się dookoła.

– Nic. – Eiri sprawdziła znak na drzewie. – Nie ma najmniejszego znaczenia, czego będą próbować, bo cała wyspa jest więzieniem, nie ma gdzie się na niej ukryć. Dlatego bez względu na to, co chcesz zrobić, nauczyciele zawsze mają cię na oku. A wypuszczenie grupy morderców na wolność to idealny sposób, aby sprawdzić, jak przebiega ich resocjalizacja, prawda?

– Ta, teraz rozumiem… Jeśli ktoś będzie sprawiać problemy, to później docisną mu mocniej śrubę, tak?

– Najprawdopodobniej. W końcu niewielu uczniów zacznie zabijać tylko dlatego, że akurat ma okazję. Większość z nich zrobiła to przez wybuch gromadzonych od dłuższego czasu negatywnych emocji jak nienawiść czy uraz do kogoś. Nie wytrzymali stresu i powtarzane sobie „chyba go zabiję” zamieniło się w „muszę go zabić”, prawda? Chociaż nie do końca to rozumiem… Dopóki nie są psychopatami jak Renko, nie powinni robić tego bez zawahania. W końcu jeśli zabijanie jest takie łatwe, to ja…

– …

Kyousuke nie mógł w żaden sposób odpowiedzieć wpatrującej się w swoje paznokcie Eiri. Mimo że była zawodowym mordercą i posiadała nadzwyczajne umiejętności oraz wiedzę, nie mogła zadać tego ostatniego ciosu.
Eiri, która nie mogła zabić, wręcz się tym brzydziła, powiedziała głosem brzmiącym, jakby się modliła:

– Prawdę mówiąc… wątpię, żeby przyszła, chociaż Renko by się ze mną nie zgodziła. Mordercza Księżniczka może i zabiła dwadzieścia jeden osób, ale teraz piastuje stanowisko przewodniczącej komitetu dyscyplinarnego. W dodatku jest całkiem dumna z tego, co osiągnęła po dwóch latach dyscyplinowania przez Kurumiyę. Gdyby mimo to chciała nas zabić i zaprzepaścić wszystko, oznaczałoby to, że jest całkowicie niereformowalnym kundlem… Tak swoją drogą, czyżby ona także była obiektem tego testu na poziom resocjalizacji? – mówiąc to, Eiri ruszyła dalej.

– Jak bardzo zresocjalizowana jest Syamaya, co? – Zaraz po tym, jak Kyousuke wymamrotał pod nosem te słowa, przed oczami stanął mu widok podartej chusteczki leżącej w koszu na śmieci. Pokręcił szybko głową, aby wyrzucić z niej ten obraz.

– Cóż, to jedynie moje przypuszczenia, ale nie zaszkodzi, jeśli zachowamy większą czujność. Nie tylko na nią, także na inne osoby mogące mieć nas na celowniku.

– Okej.

– D-Dobrze!

Kyousuke i Maina pokiwali głowami, a następnie ruszyli za Eiri. Kiedy już zaczynali się uspokajać…
Do ich uszu dotarł szelest dobiegający z krzaków.

– …?!

– …?!

– …?!

Wszyscy momentalnie się spięli i spojrzeli w stronę, z której dobiegał dźwięk. W tym momencie ktoś wyskoczył z krzaków, zmierzając prosto na nich.

– Uaaaa!

– Kyousuke?!

– Kyousuke!

Eiri i Maina krzyknęły głośno, widząc, jak postać rzuca się na Kyousuke, przez co chłopak traci równowagę i uderza tyłem głowy w korzeń drzewa.

– Aaa!

Postać objęła mocno chłopaka, aby powstrzymać go przed wyrwaniem się, a potem wtuliła w niego swoją czarną maskę przeciwgazową i krzyknęła radośnie:

– Znalazłam cię! W końcu cię znalazłam!

– Renko? C-Co… ty tu robisz?

– Czy to nie oczywiste?! Przyszłam, bo chciałam cię zobaczyć! Tak się cieszę, że cię widzę… Tak bardzo się cieszę.. Pocałujmy się! – Łuusz.

– A weź w końcu zdechnij.

– Aaaaj!

Kyousuke szybko odsunął się od zmierzającego w stronę jego ust filtra maski przeciwgazowej; jak się okazało, jedynie po to, aby zostać obdarowanym kopnięciem z całej siły wyprowadzonym przez Eiri.

– Ghhh! Moje usta!

– Tsz. Znowu zrobiła unik. Nieznośne. Zniknij w końcu, szmato. – Eiri, całkowicie ignorując tarzającego się po ziemi z bólu Kyousuke, wlepiła ostre spojrzenie w Renko.

Ta z kolei przyłożyła palec wskazujący do filtra swojej maski i westchnęła.

– Ja z całego mojego serdecznego serduszka się o was martwiłam, a ty mi odpłacasz słowami „zdechnij” i „zniknij”… To takie niemiłe. Może byś tak przynajmniej spróbowała wykrzesać z siebie trochę dobroci? Piersi też by ci od tego urosły.

– He? Jestem bardzo łaskawa. W końcu ocaliłam jego dziewicze usta przed twoim atakiem z zaskoczenia. Co ty chciałaś mu zrobić, co?

– Raczej co ty najlepszego wyprawiasz?! Też zaatakowałaś moje usta, ale w inny sposób!

Kyousuke wstał z ziemi, zasłaniając swoje wargi.

– Auauau, wyglądają jak u ryby… Okropne! – powiedziała Maina i zaczęła otrzepywać chłopaka z ziemi.

– Kyousuke! – krzyknęła Renko i się na niego rzuciła.

– Uaa… Wspaniałe. Nie wyglądają teraz jak usta Franka Sinatry? Nic ci nie jest?

– Oczywiście, że jest. I czyja to twoim zdaniem wina?

– Masz rację. Pomyśl choć chwilę, zanim coś zrobisz, Eiri!

– Obie jesteście równie winne!

Po powrocie do głównego tematu…

– Więc? Co tutaj robisz?

– Przecież już powiedziałam. Przybiegłam do was, bo się martwiłam – odpowiedziała Renko, masując lewą stronę swojej głowy.

– Przybiegłaś do nas? Szukałaś nas w Morzu Drzew?

– Tak?

– Jak niby nas znalazłaś?

– Usłyszałam, jak w głębi serca wołasz moje imię.

– …Jak nas znalazłaś? – Kyousuke ponownie uniósł pięść, co sprawiło, że Renko z jękiem zakryła rękami głowę i odpowiedziała:

– N-Najpierw usłyszałam bardzo, bardzo, baaardzo głośny wybuch. Pomyślałam „Niemożliwe!”, po czym pobiegłam w tamtą stronę was szukać. Po chwili usłyszałam wasze głosy… i tak was znalazłam. Kyousuke… Takie wyjaśnienie ci wystarczy? Możesz już opuścić tę pięść?

– Rozumiem. Jak daleko od nas byłaś?

– Muuu. Chyba całkiem daleko. Ruszyłam, jak tylko usłyszałam eksplozję, i dopiero teraz na was wpadłam. W pobliżu nie ma pewnie żadnych innych grup.

– Aha, rozumiem… To znaczy, że raczej nieprędko na kogoś wpadniemy.

Widząc, że Kyousuke opuszcza pięść, Renko westchnęła z ulgą.
Eiri, masująca guz na prawej stronie głowy, zmarszczyła brwi.

– He? A co z twoją drużyną? Zostawiłaś ich?

– Tak.

– Co, u licha… Nic im się nie stanie?

– Prawdopodobnie nie.

– Prawdopodobnie…

Renko, przewiercana na wylot wzrokiem Eiri, wypięła dumnie pierś, a potem się zaśmiała.

– Bez obaw! Złapaliśmy nawet członka komitetu dyscyplinarnego, który próbował nas zostawić!

– Co?!

– Co?!

– Co?!

Obwieszczenie Renko zaskoczyło pozostałą trójkę.
Pomyśleć, że im się udało…

– Teraz pewnie robią jej to i to, zmieniając ją w pospolitą szmatę. Uciekając, nadepnęła na swoją sukienkę i jak długa padła na ziemię.

Druga Maina?! Co za niezdara.
Ponoć dziewczyna upadła prosto na twarz po tym, jak obwieściła im zakończenie wycieczki. Biorąc pod uwagę jej zachowanie, Renko uznała, że członkini komitetu musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak słabe było to wystąpienie, i pewnie zatraciła się całkowicie w myśli o samobójstwie.

– Tak było. Wracam z wami. Syamaicia też gdzieś zniknęła. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby zaatakowała was i odebrała Kyousuke życie, kiedy moja drużyna spokojnie wracałaby sobie do szkoły… Dlatego na wypadek ataku z zaskoczenia będę cały czas blisko ciebie. Och, ale za to ja mogę cię zaatakować. Zwłaszcza nocą. – Łuusz.

– To jeszcze bardziej przerażające.

Ostatniej nocy ledwie uszedłem z życiem. Nie, dzięki… Tym razem pewnie wykrwawiłbym się na śmierć.
Z jednej strony tamto wydarzenie było największym kryzysem, jaki przeżył od osadzenia w ośrodku, ale z drugiej zawierało w sobie najszczęśliwsze chwile, jakie tam przeżył.
Eiri stanęła pomiędzy Kyousuke a idącą w jego stronę Renko.

– Nie martw się, nie uda jej się. Jeśli tylko się pojawi, ja…

– Też mnie zaatakujesz? W takim razie niczym nie różni się to od ataków Renko!

– He? O-Oczywiście… że nie! O czym ty sobie myślisz? Zgłupiałeś?

– Auauaua. Nie kłóćcie się!

– Maina ma rację. W końcu Kyousuke ma tylko jedno ciało. Dlatego podzielmy się nim i urządźmy sobie trójkącik! Dajmy więc początek wielu dzieciom i niezapomnianym wspomnieniom!

– Ej. Skończ już bredzić od rzeczy i ruszajmy w końcu – rzucił wykończonym głosem Kyousuke, który stwierdził, że droga powrotna będzie się mu potwornie dłużyć.

Mam nadzieję, że po drodze nic takiego się nie stanie – pomyślał.

× × ×

Szooko. – Wspaniale… Nareszcie ptaszek zyskał wolność, co, Kyousuke? – Chichot.

– Ta, nareszcie wyszliśmy z Morza Drzew.

Kyousuke zignorował Renko, czekającą na jego reakcję po jej świńskim dowcipie, i wytarł pot z czoła.
Dzięki pomocy Eiri udało im się bezpiecznie opuścić Morze Drzew po niespełna półtorej godziny marszu. Kiedy weszli na dróżkę prowadzącą do Domu Otchłani, gdzie zrobili sobie przerwę, słońce zaczynało już chować się za horyzont.

– To co robimy? Zostajemy tu do świtu czy od razu wracamy? – spytała prowadząca ich Eiri. – Przy okazji, polecam raczej tę drugą opcję. Naprawdę nie widzi mi się nocowanie na zewnątrz. Chcę się zrelaksować i wskoczyć do łóżka zaraz po kąpieli… Spanie bez zmycia makijażu w głowie się wprost nie mieści.

Martwienie się o takie rzeczy mimo sytuacji, w jakiej się znajdowali, z pewnością było w stylu Eiri.

– Nie możemy przespać się w Domu Otchłani? Bramy są jeszcze otwarte?

– Według mnie na 80 do 90 procent już je zamknęli, ale i tak warto to sprawdzić. Jeśli nie znajdziemy jakiegoś miejsca do przenocowania, postaramy się jak najszybciej wrócić do szkoły. Zgoda?

– Ta, mnie pasuje. Doskonale pamiętam drogę.

– Ja też. Nie widzę żadnego problemu… o ile będziemy co jakiś czas robić sobie przerwy.

– No dobrze. Renko, a ty? – Kyousuke po usłyszeniu odpowiedzi koleżanek z klasy pokiwał głową, a następnie spojrzał na dziewczynę w masce przeciwgazowej. Stała kawałek dalej z rękami opartymi o biodra. Słysząc pytanie chłopaka, odwróciła głowę i prychnęła.

– Na co się tak złościsz?

– Na ciebie, bo jesteś taki oziębły, Kyousuke. Cały czas ci się rozkładałam, ale ty całkowicie odmówiłeś prostego wejścia we mnie z ripostą, a wcześniej zawsze grzmociłeś mnie bez wytchnienia! Jesteś okropny. Nie mogę uwierzyć, że zacząłeś mnie tak zaniedbywać… – Żeby lepiej wyrazić swoją depresję, zwiesiła ramiona.

Kyousuke i Eiri spojrzeli na siebie, a potem głęboko westchnęli.

– Kyousuke, powiedz… Nie możemy po prostu zignorować jej zdania?

– Racja. Zostawmy ją tu i chodźmy dalej. Wszyscy się zgadzają?

– Też jestem za… Tylko mnie tak nie ignorujcie.

– No dobrze, mnie to pasuje. Renko, a ty co powiesz?

Kyousuke uśmiechnął się chytrze, kiedy Renko zaczęła okładać go pięściami po plecach.

– Przepraszam, tylko żartowałem. Ale… wytrzymasz to jeszcze trochę?

Gdyby przez całą drogę powrotną do szkoły rzucałaby te jej dwuznaczne komentarze, bez wątpienia nerwowe reakcje Kyousuke na nie, których oczekiwała, odebrałyby mu resztki sił.

– Dobrze, rozumiem. Przepraszam, za bardzo daję się ponieść pożądaniu. Postaram się to wytrzymać. Wytrwam. Gdybym jednak nie dała rady… zawsze mam jeszcze stymulację manualną!

– …

– …

– …

– Dobra. Powiedz szybko: „Co to, u licha, jest stymulacja manualna?”.

– …

– …

– …

– Szloch, szloch. P-Pokazać tak wszystkim stymulację manualną… Nawet ja za bardzo się wstydzę!

– …

– …

– …

Ignorując z przyzwyczajenia odgrywającą swoją rolę w scence komediowej Renko, grupa Kyousuke ruszyła leśną dróżką prowadzącą do Domu Otchłani. Już po paru chwilach marszu ujrzeli wysokie ściany i drut kolczasty zakładu.
Witajcie w Otchłani, cholerne śmieci! – głosił znak nad wejściem.
Na drzwiach wisiały wielkie kłódki oraz stalowe łańcuchy, przez co odnosiło się wrażenie, że w zamknięcie tego miejsca specjalnie włożono zbyt wiele trudu.

– Tego można było się spodziewać… Ani żywej duszy.

Zajrzeli do środka przez okna, jednak wewnątrz nie było nikogo, a budynek wydawał się całkowicie opuszczony. Kyousuke zaczął się w tym momencie zastanawiać, co zrobiono z leżącym u pielęgniarki Irokezem. W końcu kiedy wyruszali na Spacer w Morzu Drzew, on wciąż walczył o życie. Z pewnością by go tam nie zostawiono, więc pewnie został przeniesiony do szkoły razem z ich bagażami.
Innymi słowy, w Domu Otchłani naprawdę nie było żadnej żywej duszy.
Łuusz. – Nikogo nie widać. Najwyraźniej jesteśmy pierwsi. Chyba jako jedyni nie mieliśmy żadnych problemów z odnalezieniem tego miejsca.

– Ta. W końcu dzięki Eiri szliśmy tu najkrótszą drogą… Inni pewnie wciąż błądzą po Morzu Drzew.

– Eiruś jest taka wspaniała! Naprawdę super!

– Jo! Flat chest is the best! Nasza deseczka nie ma sobie równych w całej Japonii!

Słysząc pochwały, Eiri podrapała się po twarzy.

– T-To nic takiego. Dosłownie bułka z masłem… Tylko kompletni idioci nie zwracają w ogóle uwagi na otoczenie, więc takie pochwały wcale mnie nie uszczęśliwiają, jasne? Poza tym, Renko, a weź zdechnij!

– Uaaaa!

Eiri wyglądała na skrępowaną, miała nawet problem z ukryciem emocji w głosie, jednak mimo to wyprowadziła nagle niskie kopnięcie.
Kyousuke uśmiechnął się drwiąco i rzucił: – Jaka niebezpieczna! Skończ z tą przemocą! – A potem spytał: – To co teraz? Ciężko będzie maszerować w kompletnych ciemnościach, więc idziemy dalej, póki coś widać, czy może zrobimy sobie krótką przerwę?
18.30, do zachodu słońca zostało mniej niż pół godziny.

– Mnie to obojętne. Niech tylko będzie widać księżyc, a on zapewni wystarczająco światła, żebym odnalazła drogę, więc nie mam nic przeciwko zrobieniu sobie przerwy… Maina, a ty? Jeśli jesteś zmęczona, możemy tu chwilę odpocząć.

– Nie… W porządku! Dam radę!

Maina zacisnęła pięści i zebrała w sobie wolę walki, jednak zalane potem czoło zdradzało, w jakim naprawdę jest stanie. Widząc to, Renko się zaśmiała, a potem położyła rękę na jej ramieniu.

– Maina, wiesz, nie można się tak zmuszać. Jeśli nie odpoczniesz, kiedy nadarza ci się ku temu okazja, możesz później nie być w stanie poradzić sobie z nieoczekiwanymi wydarzeniami. Przed nami długa droga, więc bezpieczniej będzie trochę odetchnąć. Nabierz trochę sił, a potem spróbuj dać z siebie wszystko, dobrze?

Maina ze spiętą miną patrzyła na Renko, jednak po wysłuchaniu jej zarumieniła się, ukłoniła i wyszeptała:

– D-Dobrze. Masz rację… Skoro tak, proszę, pozwólcie mi odpocząć… przez chwilę. Naprawdę jedynie chwilę. Dobrze? Przepraszam.

– Nie musisz przepraszać. Ja też potrzebuję chwili odpoczynku. – Renko pokiwała głową, a potem położyła ręce na swoich piersiach. – Rety, duży biust to naprawdę wielki problem. Podczas takich długich marszy jedynie zawadza. Eiri jest pewnie o wiele łatwiej, w końcu ten problem jej nie dotyczy… A, właśnie, Maina, tobie też ciąży dość spory balast. Jaką masz miseczkę?

– Co? Eee… J-Ja…

Słysząc nieoczekiwane pytanie Renko, Maina zaczęła rzucać spojrzenia to na nią, to na Eiri, a potem zasłoniła rękoma swoje piersi.

– M-Może… nie są tak małe jak Eiri, ale ja nie mam za to jej wspaniałej figury. Z drugiej strony do koleżanki S-Syamai też mi daleko, więc wcale nie mam aż takiego balastu…

– Mówiłaś coś o mnie, Igarashi?

– Hm, nie… Nic takiego! Taki wyrostek jak ja nie może się z tobą w ogóle równać, jeśli chodzi o figurę i piersi… E? Eeeeeeeeeee?! Sz-sz-sz-sz-sz-szyama! Co ty tu robiiiiiisz?! – Siedząca na ziemi i łapiąca oddech Maina, słysząc nagle głos Syamai, dochodzący zza jej pleców, obróciła się, po czym szybko uciekła i ukryła za plecami Eiri.

– …?!

– …?!

– …?!

Poziom napięcia w grupie Kyousuke wyskoczył ponad niebiosa, podczas gdy Syamaya jak zawsze była spokojna niczym tafla jeziora w bezchmurny dzień.

– Ufufu. Księżyc pięknie dziś wygląda.

Stała tam po prostu w swoim szkolnym mundurku oraz z plecakiem zarzuconym na plecy. Z uśmiechem wymalowanym na pięknej twarzy przytrzymywała swoje długie włosy i patrzyła w górę na zawieszony pośród mrocznego nieba księżyc. Gdyby widok ten uwieczniono na płótnie, wyszedłby naprawdę przecudny obraz.

– Syamaya…

Słysząc, jak Kyousuke wypowiada jej imię, uśmiechnęła się jeszcze promienniej.

– Dobry wieczór, Kyousuke Kamiya, Eiri Akabane, Renko Hikawa. Tobie też… Maino Igarashi. Naprawdę mnie zaskoczyło, że wydostanie się z Morza Drzew i dotarcie tutaj zajęło wam tak mało czasu. Musieliście po drodze przejść prawdziwe piekło.

Po przejechaniu wzrokiem po grupce Kyousuke Syamaya położyła dłoń na piersi w typowym dla niej geście ulgi. Jednak coś było nie tak…
Czemu Syamaya jest sama?

– Nauczyciele i inni członkowie komitetu dyscyplinarnego są gdzieś w pobliżu?

– Nie. – Syamaya pokręciła głową. – Członkowie komitetu dyscyplinarnego rozeszli się po poinformowaniu grup o ich ostatnim zadaniu, więc żadnego z nich tu pewnie nie ma. Nauczyciele powinni już do tej pory dotrzeć do szkoły i rozkoszować się chwilą odpoczynku.

– Więc czemu tu jesteś? – Eiri zadała pytanie, które cały czas chodziło Kyousuke po głowie.

Syamaya przeszyła ją wzrokiem, a następnie, spoglądając w dół, powiedziała:

– Kocham naturę. Zwłaszcza spacery nocą, a księżyc dziś tak pięknie wygląda. Wracałam do szkoły powoli, ponieważ chciałam nacieszyć się tym widokiem, a na was wpadłam przypadkiem. Ufufu. Tak… Całkowicie przypadkowo. – Mówiąc to, przyłożyła dłoń do dolnej wargi, przechyliła głowę na bok i uśmiechnęła się przyjacielsko, jednak było wyraźnie widać, że chciała oszukać grupę Kyousuke. – Tylko… Moim zdaniem to nie przypadek, lecz przeznaczenie. Czemu? Wszystkie spotkania są dziełem przeznaczenia. Pokazać wam skrót do czyśćca w ramach nagrody za to, że opuściliście Morze Drzew jako pierwsi? Ufufu. Po powrocie do szkoły nie będziemy mieli za wiele okazji, aby się ze sobą spotkać, dlatego pozwólcie mi nacieszyć się waszym towarzystwem przynajmniej podczas tego spaceru. Naprawdę was wszystkich polubiłam i pragnę poznać was o wiele lepiej… bardzo, bardzo dogłębnie.

Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawił się zabójczy blask, któremu nie można było odmówić.

× × ×

– Pobiegnijmy razem w stronę księżyca! Gotowi? Ruszamy!

Syamaya pobiegła ścieżką oświetloną księżycowym światłem przebijającym się przez liście, jednak nikt za nią nie podążył – patrzyli tylko, jak jej sylwetka niknie w oddali.

– Co to, u licha, ma być? Co za utrapienie.

– Musimy z nią wracać?

– Auauaua. Będzie dobrze… prawda? Nic się nie stanie, co?

Szooko. – Nie. Mam całkowitą pewność, że dopóki jest z nami członkini komitetu dyscyplinarnego, Kyousuke nie zrobi nam nic zboczonego.
W ten sposób zostali zmuszeni do zaakceptowania propozycji Syamai i pokonywania gór pod jej przewodnictwem.
Kyousuke nareszcie mógł odpocząć od męczących docinek Renko. Teraz jednak musiał bez przerwy mieć się na baczności, ponieważ nie wiedział, co knuje Syamaya. Ta niepewność doprowadzała go na kres wytrzymałości psychicznej, a poza tym…

– No wiecie?! Co wy tam robicie?! Biegnijcie bliżej mnie. Nie mówcie, że chcecie się poddać, bo się trochę spociliście! Pokażcie więcej energii! – Syamaya odwróciła się w stronę podążającej za nią grupy i krzyknęła, unosząc pięść w górę.

Kyousuke zaczął się zastanawiać, czemu jest taka podekscytowana.

– Koleżanko… Czemu tak tryskasz energią?

Syamaya, uśmiechając się serdecznie, odpowiedziała na pytanie zmęczonego chłopaka:

– Ufufu. Czy to nie oczywiste? Z powodu naszego nieoczekiwanego spotkania! Zakład Otwarty to bardzo rzadka możliwość, aby starsi uczniowie złapali kontakt i zawiązali więzi z młodszymi kolegami… Dlatego kiedy już natrafi nam się taka okazja, musimy dać z siebie, ile tylko możemy!

– Aha… – Kyousuke uderzyła energia i szczerość, jakie ją przepełniały.

Syamaya pokiwała głową.

– W rzeczy samej. Jest tak wiele tematów , które z nimi, a zwłaszcza z waszą czwórką… chcę omówić. Dla przykładu… – Syamaya położyła palec wskazujący na policzku, spojrzała w niebo i w zamyśleniu otworzyła usta, przez co dało się dostrzec jej śnieżnobiałe zęby i różowe dziąsła. – Jakim typem morderców jesteście? – spytała po chwili, a następnie przejechała wzrokiem po twarzach reszty grupy, zamknęła oczy, położyła dłoń na policzku i powiedziała cicho:

– Ja mam w tym sporo doświadczenia. Używałam już wielu metod zabijania, mordowałam wiele różnych typów ofiar, w naprawdę przeróżnych miejscach… Jedynie mój motyw pozostawał ten sam. Wiecie, co mną kierowało? Dlaczego popełniłam te wszystkie morderstwa? Ufufu. To naprawdę proste. – Krótka przerwa. – Ponieważ to kocham.

Uśmiechnęła się entuzjastycznie, a jej oczy zalśniły jasnym blaskiem. Wyjaśnienie było tak krótkie, że przez chwilę nikt nie mógł go zrozumieć.

– E? Co? K-Kochasz? – wyrzuciła z siebie zszokowana do głębi Eiri.

Syamaya pokiwała głową, a potem powoli odpowiedziała:

– W rzeczy samej. Wszyscy macie jakieś zainteresowania, które potrafią pochłonąć was bez reszty, prawda? Czytanie, muzyka, rysowanie, sporty, gotowanie, romansowanie… W moim przypadku jest to zabijanie. Robię to, ponieważ to kocham. Po prostu, nie ma żadnego drugiego dna. Istnieje tak wiele metod, ofiar i miejsc, w jakich mogę zabić, że mogę swobodnie wybierać, czego akurat chcę doświadczyć. Dla przykładu…

Syamaya opisała po kolei wszystkie mordy, jakich dopuściła się do tej pory.
Przy użyciu noża kuchennego, szpikulca do lodu, kija golfowego, nożyczek, butelek wina, wstążek, kwasu solnego, cegieł, strzelb, wierteł, benzyny, wanny, kwasu siarkowego, elektrycznej gitary, piły łańcuchowej, łyżki, zachodniego łuku, japońskiego miecza, noża, gołymi rękoma… Opowiadała, jak zabijała ludzi jednego po drugim.
Opisując to wszystko, poruszała się i gestykulowała rękoma, jakby coś ją opętało.

– Weźmy za przykład czytanie. Po skończeniu jakiejś książki chcesz od razu zabrać się za następną, prawda? Pragniesz pochłonąć inną opowieść w tym samym stylu, a także poznać zupełnie nowe… Nie znajdziesz jednak nikogo, nawet największego bibliofila, który czytałby bez przerwy jedną i tę samą książkę. Podobnie było ze mną; po moim pierwszym doświadczeniu w zabijaniu chciałam doświadczyć innych jego metod. Zadźganie, wykrwawienie, powieszenie, otrucie, zastrzelenie, zmiażdżenie, utopienie, podpalenie żywcem… Albo używanie tej samej metody co wcześniej, ale na zupełnie innym typie osoby. Inny wiek, praca, narodowość, poglądy czy wyznawana religia… Szukałam szczęścia na wszystkie możliwe sposoby! Ufufu. Nazwano mnie Morderczą Księżniczką, ponieważ pomimo użycia tylu metod i zabicia tylu ludz, w tylu różnych miejscach cały czas kierował mną ten sam powód. Z tego też powodu nie mogę w ogóle zrozumieć ludzi, którzy zabijają w ogóle tego nie lubiąc. A co z wami? Dlaczego zostaliście mordercami? – pytając, z ciekawością spojrzała na Kyousuke.

W tym momencie Syamaya nie różniła się niczym od bibliofila niemogącego przestać mówić o książkach, z tym że jej obsesją nie była literatura, a mordowanie.
Dziewczyna ponad wszystko kochająca zabijać mówiła pełnym ekscytacji głosem:

– Kamiya, ty zabiłeś dwanaście osób, prawda? Dlaczego? Dla własnej uciechy, jak sądzę? Gdyby to cię nie uszczęśliwiło, nie zabiłbyś aż dwunastu, prawda? W dodatku wszystkich naraz. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłam. Bardzo mnie to zainteresowało… Mógłbyś opowiedzieć o tym ze szczegółami?

Będący obiektem wiercącego spojrzenia dziewczyny, która zbliżyła swoją twarz dosłownie na parę centymetrów od niego, Kyousuke wydukał:

– Z… Ze szczegółami… Tak?

– Tak, najdrobniejszymi. Chcę cię lepiej poznać…

– Nie dotykaj go.

Stojąca z boku Eiri, której oczy dosłownie płonęły z gniewu, złapała dłoń Syamai zmierzającą w stronę policzka Kyousuke.

– Nie dotykaj Kyousuke.

– …

Syamaya, zszokowana tą nagłą wrogością, spojrzała na Eiri zaskoczonym wzrokiem. Po chwili jednak zmrużyła oczy i się uśmiechnęła.

– Ojoj. Ufufu. Przepraszam? Skoro o nim mowa, ty też, Akabane, wydajesz się zainteresowana Kamiyą. W sumie twoja osoba także mnie intryguje, morderczyni sześciu. Dla przykładu skąd bierze się twoje agresywne zachowanie albo to, że w ogóle się mnie nie boisz, chociaż zabiłam dwadzieścia jeden osób. Po raz pierwszy inni uczniowie tak mnie zaakceptowali, wiesz? Ufufufu. – Syamaya uśmiechnęła się uwodząco.

Eiri uniosła brwi, zaskoczona tym, że dziewczynę otaczało tak wielu tchórzy.

– He? C-Co takiego… Wszyscy w twoim otoczeniu są aż tak żałośni?

Syamaya, słysząc obraźliwe słowa Eiri, pokiwała jedynie głową. Potem spojrzała na tamtą i powiedziała:

– Pierwszego dnia szkoły, tuż po osadzeniu mnie tutaj, usłyszałam od mojej wychowawczyni, pani Kurumii, że w tym poprawczaku są sami mordercy. Wtedy z podekscytowania moje serce zaczęło bić jak szalone. W końcu mogłam znaleźć osoby o takim samym hobby i zainteresowaniach co ja. Byłam bardzo szczęśliwa na myśl, że będę mogła rozmawiać swobodnie o morderstwach, czyli poruszać temat tabu z zewnętrznego świata. Słuchałam uważnie, jak moi koledzy jeden po drugim się przedstawiali, i z niecierpliwością czekałam na moją kolej. A kiedy ona przyszła… Byłam tak szczęśliwa, że nie mogłam nad sobą zapanować. Mówiłam, jak bardzo kocham zabijać, jakie to wspaniałe, opowiedziałam o wszystkich zamordowanych osobach, narzędziach zbrodni, w jakich okolicznościach zostały użyte, w jaki sposób zabijałam, jak się wtedy czułam, jak wyglądały ostatnie chwile moich ofiar… Wyrzuciłam z siebie wszystko, co tyle czasu zalegało mi na sercu, razem z moimi szczerymi uczuciami! I wiesz, co się stało? – Mimo promiennego uśmiechu na twarzy jej głos nagle znacznie osłabł, jakby ponownie przeżywała smutek z tamtej chwili. – Wszystkich ich zmroziło. Strach, zaskoczenie, wymioty… Nie było podziwu i zrozumienia, na jakie liczyłam. Później w desperacji podeszłam do dziewczyny, która przedstawiła się tuż przede mną, bo stwierdziła wtedy, że „zabijanie jest szczęściem” i odczuwa je jedynie przy mordowaniu. Sądziłam, że dzieli moją radość z zabijania, więc wyciągnęłam ją w inne miejsce, jednak… – Głos Syamai osłabł jeszcze bardziej, a jej twarz zaczęła wyrażać cierpienie i zawiedzenie. – Kiedy byłyśmy już same, jej zachowanie nagle się zmieniło. Zaczęła szlochać i przepraszać. Powiedziała… Powiedziała, że jedynie blefowała, aby uczynić się wyjątkową w tej pełnej morderców szkole. Przeżyłam wtedy prawdziwy szok, a kiedy już się pozbierałam, chciałam ją zabić! Jednak zanim mogłam cokolwiek zrobić, pani Kurumiya zręcznie obezwładniła mnie swoją rurą. Ufufu…

– …

– …

– …

Wszyscy bez słowa wlepiali spojrzenia w śmiejącą się sucho Syamayę.
Z pewnością nie pożyłbym za długo, gdybym był wtedy w jej klasie. Mimo że uważa się za „odrodzoną”…

– Od tamtej pory pasja zabijania, wcześniej tak mocno płonąca w moim sercu, zaczęła słabnąć. Co prawda, parę osób próbowało się do mnie zbliżyć, ale krótka zabawa z nimi ujawniała ich słabości i prawdziwe twarze, co strasznie mnie zawodziło. Za każdym razem, kiedy poddawano mnie dyscyplinowaniu, czułam, jak coś we mnie umierało, i pogrążałam się w coraz większej depresji. Tak oto moja pasja do zabijania całkowicie zanikła… – Po chwili szeptem dodała: – Sądziłam, że całkowicie zniknęła.

Krzyżując ręce za plecami, powoli rozejrzała się dookoła, a potem po kolei spojrzała na Kyousuke, Eiri, Mainę i Renko.

– Jednak najwyraźniej ja… myliłam się co do jednej rzeczy. Nie straciłam chęci zabijania, ale wartościowe cele. Jak bibliofil, który nie może odnaleźć książki, jaką chciałby przeczytać. Po prostu nie spotkałam celu, który rozbudziłby we mnie chęć zabicia go, chęć ujrzenia jego ostatnich chwil.

– …?!

– …?!

– …?!

Po usłyszeniu słów Syamai napięcie w grupie Kyousuke wystrzeliło aż pod sufit; jedynie Renko się zaśmiała, a potem spokojnym głosem spytała:

– Innymi słowy, chodzi ci o to, że planujesz zabić nas wszystkich?

Syamaya nagle się zatrzymała.
Atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można było kroić ją nożem.

– Hikawa, to było niemiłe. Planować zabić was wszystkich? – Syamaya, stojąca plecami do Renko, zaśmiała się głośno. – Ja nie planuję, ja zabiję was wszystkich. To w końcu najkrótsza droga prowadząca do czyśćca – wyszeptała i w tej samej chwili…

Jej prawa ręka powędrowała w stronę Renko.
Syamaya trzymała w niej trzydziestocentymetrową maczetę, której ostrze zalśniło odbitym światłem księżyca.- Cholera. Renko, zrób unik!
Kiedy ta usłyszała, że Kyousuke zaczął coś do niej mówić, odwróciła się w jego stronę z pytającym „Hmmm?”; w tej samej chwili maczeta dosięgnęła celu.
W ataku Syamai nie było widać nawet śladu zawahania; wykorzystując wagę ostrza, wyprowadziła cios mogący z łatwością rozłupać ludzką czaszkę.
Rozległ się głośny brzdęk, Renko upadła na bok, a z prawej strony jej głowy zaczęła wypływać krew. Leżała na ziemi bez najdrobniejszego ruchu, zupełnie jakby była martwa.

× × ×

– Oj, Hikawa, czyżbyś już umarła? – spytała Syamaya, jednocześnie odrzucając ciążący jej plecak. Spojrzała z ciekawością na maskę niewydającej żadnych dźwięków Renko, której srebrne włosy powoli zabarwiały się na czerwono, a następnie chwyciła obiema rękami maczetę,. Ponownie uniosła ją w powietrze i cisnęła w dół, wkładając całą swoją siłę w cięcie oraz wrzeszcząc: – Jeszcze nie słyszałam twojego krzyku, wiesz? Pobudka!

Brzdęk!
Renko, na włosach której pojawił się drugi czerwony kosmyk, nie poruszyła się nawet o centymetr.
Syamaya stanęła na jej ramieniu, wyciągnęła wbitą w głowę dziewczyny maczetę i przyglądając się zakrytemu przez włosy miejscu trafienia, powiedziała:

– Oj? Czyżby naprawdę umarła? Cóż, w końcu trafiłam ją w punkt witalny. Z drugiej strony to uczucie jest trochę dziwne… Ludzka czaszka jest taka twarda? Tak długo tego nie robiłam, że chyba już trochę przyrdzewiałam. Ale to naprawdę niezwykłe. Żeby odzyskać formę, chyba będę musiała pociąć ją w kilku innych miejscach i rozczłonkować ciało…

– A… aa…. Aaa…

– Hmm?

Kiedy Syamaya uniosła maczetę, usłyszała jakiś dźwięk. Powoli odwróciła głowę w kierunku jego źródła, po czym zmrużyła oczy.

– No tak, tak się podekscytowałam, że kompletnie wyleciało mi z głowy. Przecież mam dziś o wiele więcej zdobyczy. Po raz pierwszy będę mogła zabić naraz aż tyle osób… Serce chyba zaraz wyskoczy mi z piersi. Ufufu. Zobaczmy, jak będziesz wyglądać w swoich ostatnich chwilach. Chcę usłyszeć twój ostatni krzyk, Igarashi!

– Iaaa!

Maina, przerażona brzmieniem śmiechu Syamai, upadła na tyłek.
Przewodnicząca komitetu dyscyplinarnego powoli ruszyła w stronę trzęsącej się dziewczyny. Krew na trzymanej przez nią opuszczonej już maczecie spływała na czubek ostrza, a potem kropla po kropli spadała na ziemię.

– Aaaa… Rencia… Rencia…

Spojrzenie płaczącej Mainy zaczęło wędrować pomiędzy zakrwawioną bronią a leżącą na ziemi i niedającą oznak życia Renko. Wystraszona dziewczyna po chwili wybuchła płaczem.
Twarz Syamai wykrzywiła się w ekstazie.

– Chcesz kontynuować tę farsę aż do samego końca, szmato? Zasłużyłaś sobie na to. Przestań w końcu grać i pokaż mi swoje prawdziwe kolory.

– C-Co? Farsa… Prawdziwe kolory… G-Gra?

– Tak, gra. Mimo ograniczonych horyzontów uważasz się za całkiem sprytną… Weźmy dla przykładu gotowanie w plenerze. Wielokrotnie próbowałaś mnie zabić i udawałaś, że to był jedynie wypadek! No i to nieumyślne doprawienie jedzenia… Całe twoje zachowanie było zwykłą grą. – Syamaya położyła dłoń na opatrunku policzka.

Maina, patrząc na nią, pokręciła głową.

– Co? Ni… N-N-N-N-Nie! J-Ja gotowałam normalnie… Ja… Nie miałam zamiaru cię zabić, koleżanko. To był jedynie…

– Tylko tę rolę opanowałaś? Zamiast wykrzyczeć „Eeeee?!” znowu odgrywasz to samo. Cóż, nieważne. W obliczu śmierci nawet najbardziej honorowy dżentelmen odrzuci swoje zasady, żeby błagać na kolanach, największa dama będzie rzucać mięsem z miną, jakby opętał ją jakiś demon, a byle jaki frywolny dowcipniś zaakceptuje swój los, nie rzucając żadnego tekstu… Szczerze wierzę, że mając przed oczami swój koniec, ludzie ujawniają swoją prawdziwą naturę. Strach i cierpienie zrywa z nich te maski, odsłania na światło dzienne mroki skrywane w sercu. To jeden z cudów zabijania. – Dlatego Syamaya… – Ach, tak bardzo chciałam spróbować ich zabić… i móc zobaczyć ich prawdziwe twarze. Tak nie dawało mi to spokoju, że pobiegłam szybko i ich po prostu zabiłam. Okazało się, że to było… To było wspaniałe! Widząc mnie całą zalaną krwią ze sztyletem w ręku, ojciec powtarzał cały czas „kocham cię”. W ramach nagrody za otworzenie przede mną swojego serca pomogłam mu zrobić to dosłownie! Mama obejmowała mnie przy tym, cały czas płacząc, i wiele, wiele razy powtarzała przy tym moje imię. Czułam bijącą od niej tak wielką miłość, że udusiłam ją z taką samą siłą. Po tym, jak przekonałam się, jak bardzo mnie kochali, poczułam tak wielką radość… Byłam taka szczęśliwa, że tego nie da się opisać słowami!

– …

– …

– …

Syamaya opisywała swoją tragiczną przeszłość z taką pełną zachwytu miną, że grupie Kyousuke całkowicie odebrało mowę.
Ona naprawdę jest… psychopatką.
Pchana chęcią lepszego poznania innej osoby posunie się nawet do okrutnego zamordowania jej, byle tylko móc ją zrozumieć.
Zarówno jej zainteresowania, jak i uczucia były powiązane z zabijaniem . Dlatego właśnie pozbawiła życia swoich rodziców, a teraz zamierzała posłać na tamtą stronę także grupę Kyousuke…

– Ufufu. Igarashi, pozwól mi się upewnić. Sprawdzić, jaka jesteś naprawdę… w swoich ostatnich chwilach! W ramach nagrody za to, że prawie udało ci się mnie zabić, potnę cię na miliony kawałeczków. – Syamaya skierowała ostrze swojej broni w stronę bladej jak ściana twarzy Mainy. Oczy nacierającej przepełniała żądza krwi, a maczeta w jej rękach nawet nie drgnęła, co oznaczało, że musiała trzymać ją niewiarygodnie mocno.

Maina w akcie rezygnacji zamknęła oczy, pochyliła głowę i krzyknęła: – Aaaaaaa!
Kiedy już Syamaya miała zatopić w niej ostrze swojej broni…

– Co ty wyprawiasz? – Niski głos.

– He?

Zanim przewodnicząca zdążyła się obejrzeć…

– Co ty wyprawiasz, szmato?! – Usłyszała ten przepełniony emocjami krzyk i otrzymała niewiarygodnie szybkie kopnięcie w bok twarzy.

– He?!

Uderzenie było tak silne, że się zachwiała i wypuściła maczetę z ręki. Kiedy słaniała się na nogach, napastnik wyprowadził cios z barku i powalił ją na ziemię. Eiri siadła na niej, unieruchomiła ją, wyciągnęła nóż, przyłożyła go do szyi Syamai i wysyczała łamiącym się głosem:

– Jak śmiałaś… Jak śmiałaś… Zabić Renko!

Zaskoczona Syamaya popatrzyła jej w oczy.

– T-Ty… ukrywałaś broń…

– Dlaczego?

– Co?

– Czemu zabiłaś Renko?! Nie należysz do komitetu dyscyplinarnego?! Nie przeszłaś już resocjalizacji?! Powiedziałaś… że mimo zezwolenia na dyscyplinowanie nigdy nas nie ukażesz…

– Tak. Nie mam zamiaru was dyscyplinować. W czym problem? – Syamaya po przerwaniu Eiri zaczęła wyjaśniać jakby od niechcenia: – Nigdy bym nie używała zbędnej przemocy w stosunku do moich celów. Nie lubię przemocy, wiesz? Używanie siły jako forma dyscypliny… jakąś tam karą cielesną nie da się nikogo zabić. Nigdy bym się do tego nie posunęła! Gdyby poproszono mnie o ukaranie cię… straciłabym nad sobą panowanie i od razu zabiła, a takie otwarte mordowanie nie przystoi przewodniczącej komitetu dyscyplinarnego, prawda?

Słysząc te słowa, Eiri zagryzła wargę.

– Co…? Jaka niby resocjalizacja?! Ani o jotę się nie zmieniłaś!

Jakby urażona tymi oskarżeniami Syamaya zamknęła oczy i się uśmiechnęła.

– Wrócić do normalności. Stanu, w którym nie czerpałabym przyjemności z zabijania… Masz rację, pod tym względem się nie zmieniłam. Mimo to, Akabane… czy jednym z celów resocjalizacji nie jest naprawianie jednostek, aby ponownie nadawały się do użycia?

– Co…

– Co…

Eiri otworzyła szeroko oczy po zdaniu sobie sprawy, że w wypowiedzi Syamai był pewien podtekst. „Naprawianie jednostek, aby ponownie nadawały się do użycia”. Doskonale znała prawdziwy cel istnienia tej szkoły, więc w żaden sposób nie mogła puścić tych słów koło ucha.
Widząc, jak Eiri i Kyousuke zareagowali na jej słowa, Syamaya przestała się uśmiechać.

– Och, to wy wiecie? Tak sprawne ukrywanie broni w tej szkole, umiejętności i siła wymagane do obezwładnienia mnie… Nie jesteś amatorką. Akabane, czyżbyś była już „w zawodzie”?

– …

Eiri nie odpowiedziała na jej pytania; zamiast tego sama spytała:

– To… ty wiesz?

Kyousuke i Eiri znali prawdziwe przeznaczenie Zakładu Poprawczego Czyściec. Placówka z pozoru zajmująca się resocjalizacją tak naprawdę szkoliła osadzonych na zawodowych morderców. Sądząc po zachowaniu Syamai, ta bez wątpienia także o tym wiedziała. Nie odpowiedziała jednak na zadane jej pytanie.

– Czemu pytasz? Co prawda, wciąż jestem w szoku, że znacie prawdę… No cóż, niech będzie, mogę wam powiedzieć. Wiecie, dlaczego jedynie uczniowie z pierwszego roku są izolowani? – spytała, spoglądając na Mainę.

Jako że ta nie znała prawdziwego przeznaczenia tamtej placówki, zrobiła minę jak w komiksie, kiedy nad głową postaci pojawia się wielki pytajnik, i odpowiedziała ze strachem:

– Bo… pewnie… eee… Pierwszoklasiści jeszcze nie poprawili swojego zachowania… i są niebezpieczni…

– Nie. W porównaniu z nimi zarówno drugo-, jak i trzecioklasiści stanowią o wiele większe zagrożenie, a także są o wiele straszniejsi. Wiesz czemu? To bardzo proste… – Syamaya z uśmiechem na twarzy odrzuciła odpowiedź Mainy i spojrzała na Kyousuke, który wciąż nie otrząsnął się po śmierci Renko i stał w miejscu jak słup soli. – Ponieważ ich tok nauczania jest inny. Na pierwszym roku nauczyciele mają naprostować pokręcone osobowości uczniów, jednocześnie podnosząc ich sprawność fizyczną poprzez prace karne, wykonywane dwa razy dziennie. Dzięki trzymaniu was krótko i takim „obozom hartującym” jak ten Zakład Otwarty wasze ciała oraz umysły przechodzić mają odpowiedni trening. Kiedy już to się zakończy, czyli na drugim roku, rozpocznie się wasz trening na zawodowych morderców! Po dwóch latach nauki „technik zabijania” nie pozwolą wam wrócić do społeczeństwa, wyślą was do świata w jego cieniu, gdzie będziecie mogli rozwinąć skrzydła w zabijaniu, już jako profesjonaliści!

– …?!

– …?!

Syamaya wyjawiła szokującą prawdę.

– Co? M-Mordercy… Świat w cieniu? Co to?

– …

– …

Zdziwienie Mainy było oczywiste, ponieważ usłyszała o tym po raz pierwszy, jednak nawet Kyousuke ledwie zdołał ukryć szok wywołany słowami przewodniczącej.
Uczyć zabijania jeszcze w szkole… W głowie się nie mieści.
W końcu warunkiem powrotu do społeczeństwa, jaki postawiła mu Kurumiya, było przetrwanie trzech lat szkoły bez zabicia kogokolwiek, jednak biorąc pod uwagę to wyznanie…

– Hmm? Nauka zabijania zaczyna się od drugiego roku? Naprawdę pozwalają kogoś zamordować? Dla przykładu w ramach ćwiczeń praktycznych? – Eiri zadała to pytanie, prawdopodobnie wiedząc, jakie wątpliwości targały w tym momencie Kyousuke.

W końcu gdyby takie zajęcia istniały, ukończenie szkoły „bez zabicia kogokolwiek” stałoby się po prostu niemożliwe.

– Zajęcia praktyczne… Nie ma takich lekcji. To jedynie sam trening. Chcąc zmienić amatorów w zawodowych zabójców, uczą nas jedynie technik zabijania. Skoro o mordowaniu mowa, przecież i tak wszyscy na pierwszym roku zrobili to przed osadzeniem tutaj. Poza tym uczycie się cały czas jak w normalnej szkole, prawda?

– …

– …

– …

Kyousuke westchnął z ulgą po usłyszeniu słów Syamai. Podobnie zresztą jak niemogąca zabić Eiri i Maina, która zrobiła to przypadkiem.
W tym momencie aura otaczająca Syamayę się zmieniła. Przewodnicząca wlepiła przepełnione mrokiem spojrzenie w siedzącą na niej dziewczynę i powiedziała:

– Teraz moja kolej na zadawanie pytań. Jak już powiedziałam, przeznaczeniem tej szkoły jest szkolenie osób skazanych za zabójstwo na zawodowych morderców. Zastanawiam się jednak, co robi tu ktoś taki jak ty, Akabane.

– Hmm.

Już pierwsze pytanie trafiło Eiri w czuły punkt i nie mogła wydusić z siebie odpowiedzi, a Syamaya nie przestawała jej wypytywać.

– Skoro jesteś zawodowcem, dlaczego wysłano cię do ośrodka szkolącego amatorów? Przecież powinnaś posiadać już wszystkie niezbędne umiejętności. Mimo to… Dlaczego? Nauczyciele też powinni zauważyć…

– Milcz – zagroziła Eiri, przyciskając mocniej nóż do szyi Syamai.

– Rozumiesz swoją sytuację? Po prostu odpowiedz na pytanie. Jeden zbędny komentarz i zabiję cię na miejscu. Tym nożem jestem w stanie rozpłatać całą twoją szyję pojedynczym cięciem.

– …

Syamaya, widząc żądzę krwi wylewającą się ze spojrzenia Eiri, zamilkła. Po chwili jednak spojrzała w pełne gniewu, rdzawoczerwone oczy dziewczyny i powiedziała:

– Ach, już rozumiem. – Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – To dlatego twoja broń była tak dobrze ukryta. Nie chciałaś nawet całkowicie jej ukryć, po prostu ją ignorowano… Ufufu. Rozumiem, rozumiem. Już wszystko rozumiem. Ufufufufu.

– …?!

Na widok uśmiechu Syamai Eiri zesztywniała i docisnęła nóż jeszcze mocniej do gardła tamtej dziewczyny. Spod ostrza wypłynęła krew, mimo to przewodnicząca komitetu dyscyplinarnego nie zamilkła.

– Rozumiem. Niby jak nauczyciele mogli nie zauważyć nawet najlepiej ukrytej broni? Musieli po prostu uznać, że jej właściciel nie stanowi żadnego zagrożenia. „W tej szkole nie wolno dawać wiary temu, co inni o sobie mówią”… Doprawdy, jakie to trafne.

– Milcz.

– Według paru osób z klasy A podczas przedstawiania się na początku roku stwierdziłaś, że zabiłaś sześć osób, ale, Akabane, ty…

– Kazałam ci zamilknąć! – Eiri, krzycząc, miała już przycisnąć nóż do szyi Syamai z całą swoją siłą… ale nie zrobiła tego. Jej ręka zaczęła się trząść, a wzrok błądzić.

Po zauważeniu tej reakcji na twarz Syamai zawitał szeroki, pełen szaleństwa uśmiech.

– Nie jesteś w stanie odebrać życia. Może kiedyś już to zrobiłaś, ale obecnie nie jesteś do tego zdolna. Jako osoba chcąca zabijać wyraźnie widzę w twoim spojrzeniu całkowity brak chęci mordowania… Nie zabijesz mnie!

W tym momencie Syamaya wyprowadziła nieskrępowaną lewą ręką cios w stronę szyi Eiri.

– Khhhh.

Eiri zrobiła poważną minę i uniknęła ataku, odchylając głowę do tyłu. Następny cios był skierowany w jej żebra. Dziewczyna uniknęła go, zeskakując z Syamai.

– Pozwól mi cię zabić! – krzyknęła przewodnicząca komitetu, podnosząc prawą ręką maczetę, którą wcześniej upuściła.

– Pokażę ci, jak pracują przykładowi mordercy!

– Tcz!

Eiri po uniknięciu cięcia dosłownie o grubość włosa straciła całe swoje wcześniejsze opanowanie; nie była w stanie już dłużej skrywać swoich emocji. Przytłoczona wigorem płynącym od Syamai i potokiem wyprowadzanych w jej stronę cięć, jednego po drugim bez chwili przerwy między nimi, zaczęła się cofać.

– Chodź, chodź, chodź, chodź, pozwól się zabić! Szybko, szybko, szybko, szybko, szybko! Pozwól się zabić! Chcę zobaczyć, jak płaczesz w swoich ostatnich chwilach!

– Khh… Ty lunatyczko…

Mimo że cięcia wydawały się celować w losowe miejsca, tak naprawdę każde z nich wymierzone było prosto w punkt witalny. Eiri dawała radę uniknąć ich wszystkich, chociaż dosłownie o centymetry. Czasem musiała wygiąć całe swoje ciało, czasem wystarczyło jedynie przechylić głowę; kilka zablokowała nożem, niektóre jednak zmuszały ją do przewrotu w tył i skoków w górę.

– Aaa!

W pewnym momencie upadła na ziemię, ponieważ za bardzo skupiła się na unikaniu cięć, a za mało na otoczeniu. Coś takiego byłoby po prostu nie do pomyślenia, gdyby zachowywała spokój jak zawsze.

– Tcz!

Chociaż spróbowała podnieść nóż, który wypadł z jej ręki, Syamaya szybko podbiegła do niej i go kopnęła, a potem spojrzała na bezbronną Eiri, mówiąc:

– Ufufu, przepraszam, Akabane. Widzisz, aby dostać się do komitetu dyscyplinarnego, nie wystarczy być jedynie uzdolnionym, trzeba mieć także doskonałe stopnie. Oczywiście chodzi mi o te z technik zabijania. A ja jako przewodnicząca znajduję się ponad wami wszystkimi. Nawet ty, która przeszłaś już trening, nie możesz się ze mną równać. – Syamaya przyglądała się dalej leżącej Eiri. – Mimo to… Wyglądasz tak słodko! Dlatego postanowiłam zabić cię powoli, w naprawdę delikatny sposób. Ciekawe, jaką zrobisz minę, kiedy już nadejdzie ten moment. Jaki dźwięk wtedy wydasz? Co takiego wyrzucisz ze swojego serca? Ach, nie mogę się już doczekać! Gdzie mam zacząć? Palce, ręce, stopy, łydki, uda, pośladki, brzuch, ramiona, dolna szczęka, usta, twarz, uszy, nos, oczy… Serce powinnam zostawić na sam koniec, prawda? Ufufu. Ach, masz naprawdę wspaniałe ciało. Zanim je potnę, będę musiała się nim trochę pobawić! Ha… Hahahaha.

– Aaaa! – Z ust Eiri wydobył się cichy krzyk, kiedy Syamaya pożerała ją spojrzeniem. Przyparta do muru dziewczyna zrobiła przerażoną minę, a w kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy.

Nie uszło to spojrzeniu przekrwionych oczu Syamai, która zaczęła przez to jeszcze bardziej świrować.

– A-A-A-A-A-A-A cóż to?! Jaka słodka… To takie słodkie! Hahaha… Teraz naprawdę… muszę cię zabić. Muszę się z tobą podroczyć! Zanim zaczniesz krzyczeć z bólu, sprawię, że wydasz z siebie wiele innych dźwięków… Hahaha. Nie, nie z cierpienia, tylko… Nie! Nie mogę! Moje serce należy jedynie do pani Kurumii… Ale jesteś taka słodka… Aż nie do wytrzymania!

– Nie…!

– Przestań, szmato!

Kyousuke krzyknął, jakby chciał wyrzucić tym z siebie cały szok po śmierci Renko oraz strach przed Syamayą, a potem ruszył biegiem w stronę dziewczyn i rzucił się na przewodniczącą komitetu dyscyplinarnego.
Ta na początku zaskoczona krzyknęła: – Nie wchodź mi w drogę! – A następnie wyprowadziła w jego stronę błyskawiczne cięcie swoją zakrwawioną maczetą.

– Oaaaa!

Chłopak uniknął jednak ostrza, uderzając w nie od dołu lewą ręką.

– Co…?! – Syamayę zaskoczyły jego nadzwyczajne refleks i odwaga.

Kyousuke wykorzystał moment, w którym się zachwiała. Zacisnął mocniej pięści, a potem wyprowadził cios w jej stronę, jednak…

– Nie lekceważ mnie!

Syamaya uniknęła trafienia, robiąc zręczny obrót i chowając maczetę za plecy, a potem wyprowadziła nią poziome cięcie.

– Waaa.

Kyousuke odruchowo przykucnął, dzięki czemu ostrze minęło go tuż nad głową; innymi słowy, mierzyło prosto w jego szyję. Szybko się uspokoił i kiedy tylko maczeta go minęła, wystrzelił przed siebie, wyprowadzając cios.

– …?!

Jednak uderzenie nie dosięgnęło celu, chociaż przeciwniczka Kyousuke ledwie uniknęła trafienia.
Dzięki tej wymianie ciosów Syamaya zdała sobie sprawę z potencjału drzemiącego w chłopaku i zwiększyła dzielący ich dystans – o całe trzy metry.
Zaczęli krążyć wokół siebie.
Przewodnicząca komitetu dyscyplinarnego, uważnie wpatrując się w Kyousuke, chwyciła mocniej rękojeść maczety, uspokoiła oddech i spytała:

– Ty… Czym ty jesteś? Twoje ataki to totalna amatorszczyzna, ale mają niewiarygodną siłę. Już nawet pomijając fizyczne możliwości, twój refleks jest wręcz przerażający. Czyżbyś do tego przywykł? Od dawna nie walczyłam z takim ciekawym przeciwnikiem. Straciłam przez to pewność siebie… – Syamaya odgarnęła ręką włosy. Widząc, jak Kyousuke stoi przed Eiri i ją zasłania, z zadowoleniem pokiwała głową. – Kamiya… Naprawdę wzbudziłeś moje zainteresowanie. Mimo że morderca obrał cię na cel, zamiast uciec pobiegłeś ratować damę w potrzebie… Jaki przykładny z ciebie rycerz. Ciekawe, jaki wyraz twarzy zrobisz podczas swoich ostatnich chwil. Pozwól mi zerwać ci tę szlachetną maskę i pokazać światu twoje prawdziwe oblicze!

Syamaya uśmiechnęła się po polizaniu ostrza zakrwawionej maczety.
Kyousuke próbował wymyślić coś, czym mógłby ją uspokoić, ale uznał, że żadne słowa nie dotarłyby do tej maniaczki zabijania.

– K-Koleżanko…

Dlatego jedynym wyjściem było pokonanie jej. Chociaż nie był pewny, czy da radę wygrać z osobą, która dawniej zabiła dwadzieścia jeden osób, a po osadzeniu jedynie pomagano jej szlifować umiejętności. Kiedy targały nim wątpliwości, ona powoli się pochyliła.

– Pozwól mi powitać cię ponownie, Kamiya. Proszę, naciesz się w pełni umiejętnościami, jakie wyniosłam z zabicia dwudziestu jeden osób oraz z ciężkiego treningu z nauczycielami! Odetnę ci ręce, nogi, wyrwę serce, wyciągnę mózg… To będzie przepiękne. Ufufu.

Syamaya przyszykowała się do wyskoczenia na przeciwnika, poprawiła uścisk na maczecie, w jej oczach oraz na ostrzu odbił się blask księżyca i…

– Koleżanko, przestań!

W powietrzu rozległ się pełen rozpaczy krzyk.

× × ×

– Proszę, przestań… Przestań, koleżanko… – Te powtarzane prośby zmyły uśmiech z twarzy Syamai.

Osoba błagająca dziewczynę z maczetą w ręku wyprostowała się i krzyknęła:

– Proszę, proszę, proszę, przestań…. Nie krzywdź już nikogo więcej!

Syamaya jedynie westchnęła; nawet nie obejrzała się za siebie.

– O czym ty mówisz? Wydaje ci się, że błaganie w tej sytuacji mnie udobrucha? Powiem „dobrze, rozumiem” i przystanę na każdą twoją prośbę? To już chyba szczyt lekkomyślności. Wszelkie próby przekonania mnie jedynie pogorszą sprawę. Trzęś się dalej bez słowa, jak dotychczas. To ci wychodzi najlepiej, Igarashi.

– …! – Maina po usłyszeniu szyderczych słów Syamai zamilkła, zwiesiła głowę, zacisnęła pięści i ledwie słyszalnym głosem spytała:

– To wszystko moja wina, prawda?

– Co?

Syamaya ponownie skupiła się na Kyousuke, ale po usłyszeniu słów Mainy spojrzała poirytowana w jej stronę. Ta uniosła głowę i wlepiła spojrzenie w rubinowe oczy przewodniczącej.

– To wszystko moja wina, koleżanko? Przez to, że zrobiłam ci tak wiele okropnych rzeczy? Dlatego nie możesz powstrzymać chęci zabicia nas…

– Możliwe.

– …?! – Mainę aż wmurowało po usłyszeniu potwierdzenia jej przypuszczeń.

Syamaya opuściła maczetę i dotknęła opatrunku na twarzy, robiąc przy tym pełną nienawiści minę.

– Nieważne, o który dokładnie powód chodzi. To oczywiste, że każdy byłby wściekły po takim upokorzeniu na oczach wszystkich. Jednak nie jest to jedyny powód. Było także aroganckie zachowanie Hikawy, wyzywająca i agresywna postawa Akabane , a także zboczony, zdeprawowany, wulgarny i obrzydliwy byt znany jako Kamiya, którego istnienie jest po prostu nie do zaakceptowania na poziomie biologicznym…

Jakie okrutne słowa… Musi mówić to wszystko celowo.

PsyCome_V2_269
image-1125

– Wszystko to mnie rozwścieczyło, a jednocześnie sprawiło, że się wami zainteresowałam. Od samego początku chciałam was zabić. Całe to znęcanie się nade mną nie było powodem mojego szału, gdyby do niego jednak nie doszło… cóż, sprawy pewnie nie zaszłyby aż tak daleko – powiedziała, spoglądając na swoją maczetę. Pokrywała ją krew Renko, która po otrzymaniu kilku ciosów w głowę leżała bez ruchu na ziemi.

– Zgadza się, cała ta sterta dynamitu została ułożona przez was wszystkich, ale to ty podpaliłaś lont, Igarashi. Gdybyś nie udawała niezdary, gdybyś nie upierała się, że te wszystkie ataki były przypadkowe, to twoja przyjaciółka dalej by żyła. Zobacz, jak się sprawy potoczyły… z twojej winy.

– …

Po tym stwierdzeniu Syamai Maina przestała się trząść, otworzyła szeroko oczy i zamarła. Przewodnicząca komitetu prychnęła, widząc, że ta nie jest w stanie jej odpowiedzieć. Wstrząśnięta dziewczyna zwróciła się w stronę Kyousuke oraz Eiri.

– …Przepraszam – powiedziała cicho Maina.

Miała zamknięte oczy, zwieszone ręce i zagryzała mocno wargi.
Syamaya przejechała dłonią po włosach.

– He? Jakby przeprosiny mogły sprawić, że ci wybaczę…

– Przepraszam! – tym razem to wykrzyczała. Jednak nie patrzyła na Syamayę, a na Kyousuke, Eiri oraz leżącą na ziemi Renko. Trzęsły się jej ramiona, ściśnięte pięści, a także głos, którym dodała:

– Jedynie wszystkim przeszkadzam, nie mogę nikomu w ogóle pomóc, sprawiam tylko kłopoty… Przepraszam! Doskonale zdaję sobie sprawę, że przepraszając, nie rozwiążę żadnych problemów, nigdy nie chciałam też przebaczenia… Ale! Mogę sama poradzić sobie z sytuacją, do jakiej doprowadziłam! Nawet ja… Nawet ja jestem w stanie zabić!

W tym momencie rzuciła się przed siebie, krzycząc głośno.

– Co…?!

Biegła w linii prostej w desperackim, niejako samobójczym ataku, prosto na zaskoczoną Syamayę.

– Maina?! – krzyknęli jednocześnie Kyousuke i Eiri.

Syamaya spojrzała w stronę nadbiegającej dziewczyny i spytała z wyraźnie słyszalnym zaskoczeniem w głosie:

– Co ty wyprawiasz? Jesteś aż tak głupia? Tak ci śpieszno na tamtą stronę?

Odgarnęła włosy i poprawiła uścisk na maczecie.
Maina oczywiście była łatwym celem, nie próbowała się bronić, a w dodatku miała zamknięte oczy, dlatego Syamaya uniosła swoją broń i zrobiła leniwy zamach, którego celem była szyja dziewczyny.

– Uaaaaa!

Jednak… Nie, raczej zgodnie z oczekiwaniem, Maina upadła na ziemię w spektakularny sposób. Nie tylko nie pokonała swojej przeciwniczki, ale nawet jej nie dotknęła; wyrżnęła jak długa w ziemię.
Syamaya opuściła maczetę i ruszyła w jej stronę.

– Ach, tak, wiem. Aż taka straszna z ciebie niezdara, tak? Pozwól mi więc rozłupać ci czaszkę. Ojej, naprawdę jestem ciekawa, czy jest tam w ogóle jakiś mózg. W takim razie pora sprawdzić…

– Łaaaaa!

– Ghhh!

Maina pewnie nawet nie zauważyła zbliżającej się do niej Syamai i wstając, uderzyła głową prosto w jej żołądek, a potem, wystraszona nagłym napotkaniem przeszkody na swojej drodze, mocno ją objęła, jednocześnie unieruchamiając ręce przewodniczącej komitetu dyscyplinarnego.

– Uaaaaa!

Syamaya została popchnięta i upadła na ziemię, całkowicie przypadkowo uderzając tyłem głowy w leżący w tamtym miejscu duży kamień. Uderzenie było tak silne, że aż krzyknęła na cały głos:

– Boli!!!

– Auaaa?! Ach, to moja szansa! Eee, eee…. E? – W tym momencie Maina dostrzegła, że Syamaya upuściła swoją broń. Na jej szczęście ubabrana we krwi maczeta leżała w zasięgu jej ręki.

– U–Ułłłłaaaaaaaa!

– Co? A… Aaaaaaaaaaaaa!

Maina wzięła broń w obie ręce i zrobiła zamach.
Leżąca na ziemi Syamaya krzyknęła na cały głos, zamykając oczy.
Ostrze broni opadło.
Brzdęk!

– Oj?

Syamaya z jękiem otworzyła oczy. Ostrze maczety było wbite w ziemię zaledwie parę centymetrów od jej twarzy. Spojrzała najpierw na broń, a potem na ręce i twarz Mainy, która w to cięcie włożyła całą swoją siłę.

– Nie mogę.

– T–Ty…

– Wiedziałam. Nie mogę! Nie mogę celowo kogoś zabić… Nie dam rady! – Krzycząca Maina wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. – Nawet jeśli ta szkoła ma szkolić morderców… nie mogę. W żadnym razie! Zabić kogoś… ja… ja… już sama wolałabym zginąć! Przepraszam… jestem bezużyteczna ¬– wydusiła z siebie Maina, szlochając i cały czas ściskając w drżących rękach maczetę.

– Maina… – wyszeptała Eiri.

Po usłyszeniu słów Mainy Syamaya zrobiła zakłopotaną minę, która szybko przeszła we wstyd oraz gniew. Zagryzła mocno zęby, a potem wykrzyczała, patrząc łkającej dziewczynie w oczy:

– Czemu?! Dlaczego, kurwo?! Co to ma znaczyć, że wolisz zginąć niż dać się zabić, mądralo?! Co chcesz osiągnąć takim tekstem, pani mądralińska?! Twoje zachowanie… To miało nie być celowe?

– Nie było! – wykrzyczała na całe gardło Maina głosem tak silnym, że aż uciszył całkowicie Syamayę, a potem, ledwie powstrzymując się od płaczu, spojrzała na cofającą się dziewczynę.

– To nie było celowe… Od zawsze byłam taka. Nie jestem bystra, nic nie robię poprawnie i ciągle sprawiam wszystkim kłopoty… Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy moja gapowatość kogoś zabiła. Mimo wszystko muszę to powiedzieć. Nie zrobiłam tego celowo… W żadnym razie nie krzywdzę ludzi z własnej woli!

– Twierdzisz, że zabijasz przypadkiem? Co za absurd, to…

Powinno być niemożliwe. – Tak brzmiała reszta zdania, które chciała powiedzieć Syamaya, zanim nagle zamilkła.
Po chwili na jej zmarszczone czoło spadła łza.

– Wszystko zaczęło się od chłopaka z mojej klasy. Po raz pierwszy od wyznaczania ławek w gimnazjum, kiedy się poznaliśmy, dostaliśmy sąsiadujące ze sobą miejsca. Był naprawdę dobrą osobą… Zawsze pomagał swojej niezdarnej koleżance. Jeśli o czymś zapominałam, zawsze mi to pożyczał. Kiedy upuszczałam długopis, on go podnosił. Jak ja się przewracałam, zawsze głaskał mnie po głowie i pomagał nałożyć opatrunki. Chciałam jakoś mu się odwdzięczyć i wtedy… po raz pierwszy w swoim życiu coś ugotowałam. Zawsze tak bardzo starał się podczas zajęć swojego klubu, dlatego postanowiłam zrobić dla niego drugie śniadanie… Tak wszystko się zaczęło. – W tym momencie głos Mainy zadrżał. – Podczas przerwy śniadaniowej w pierwszy dzień drugiego tygodnia zebrałam się na odwagę i mu je dałam. Przez chwilę patrzył na mnie strasznie zdziwiony, a potem przyjął je z uśmiechem na twarzy. Byłam tak szczęśliwa… Serce waliło mi jak szalone, kiedy patrzyłam, jak zjada to, co ugotowałam. Byłam ciekawa, jaką minę zrobi, jak to skomentuje. Wprost nie mogłam się tego doczekać. Kiedy wziął pałeczkami jajko i wsadził je do ust… – Maina, nie mogąc dokończyć, zacisnęła mocno usta. Potem wytarła nos, zrobiła minę, jakby zaraz miała zwymiotować krwią, i powiedziała smutnym głosem:

– Od razu złapał się za serce. Na początku myślałam, że się zakrztusił, ale nawet ktoś tak głupi jak ja szybko się zorientował, że to coś innego. Zalał się potem, cały się trząsł, ledwie łapał powietrze… Wtedy straciłam świadomość. Nie pamiętam, co dokładnie robiłam, ale spanikowana chyba popełniłam serię niezdarnych upadków… a kiedy już doszłam do siebie, było po wszystkim. Porozrzucane dookoła krzesła i ławki, jakby przez klasę przeszedł jakiś huragan… Kilkoro kolegów, którzy jedli w pobliżu śniadanie, zostało zmiażdżonych przez meble i leżało na podłodze… On…On umarł. Moje jedzenie go zabiło… Ja… Ja… – Maina zalała się łzami i wykrzyczała:

– Ja go zabiłam! I nie tylko jego… Kolegów z klasy, nauczycielki… Koleżanko, zginęli, ucierpieli przeze mnie. Taka jest prawda! Nie mogę temu zaprzeczyć! Ale nigdy nie chciałam nikogo zabić… Nigdy nie chciałam nikogo skrzywdzić! Ani jego, ani kolegów, ani nauczycieli, nikogo. Nie zabijam, bo tego chcę, nie krzywdzę innych, bo tego chcę! Nawet ktoś taki jak ja… naprawdę… Chcę jedynie się ze wszystkimi przyjaźnić!

– …

Kiedy deszcz łez spadł na twarz Syamai, ta przestała marszczyć czoło.

– To wszystko, co masz do powiedzenia? – spytała bezdusznym, oziębłym głosem.

W tym samym momencie wyrwała Mainie maczetę z ręki.
Mimo że ręce zapłakanej dziewczyny wciąż się trzęsły, szybko otarła łzy z twarzy, pokiwała głową i odpowiedziała:

– Tak.

Po usłyszeniu tej odpowiedzi oczy Syamai zabłysły.

– Naprawdę?

Ściskając maczetę z całej siły, podniosła się z ziemi i zrobiła zamach bronią…

– W takim razie to już nie ma znaczenia.

Po czym delikatnie objęła Mainę.
Maczeta była wbita w ziemię, Syamaya obiema rękoma obejmowała Mainę, która jęknęła ze dziwienia i nie wiedząc, co się dzieje, zaczęła błądzić wzrokiem.
Przewodnicząca pogłaskała ją po głowie i wyszeptała:

– Zabijanie wbrew swojej woli jest o wiele smutniejsze niż sytuacja, gdy chcesz kogoś zabić, ale nie jesteś w stanie. Wystarczy już, Igarashi. Moja żądza krwi całkowicie zniknęła… Dlatego wystarczy już. Pozwolenie ci dalej żyć sprawi ci pewnie o wiele więcej cierpienia niż śmierć.

– …?!

Po twarzy Mainy ponownie popłynęły łzy, po czym oparła głowę o ramię Syamai.

– Łaaaaa!

Syamaya uspokoiła oddech, zupełnie jakby coś wyssało z niej wszystkie siły, i powiedziała:

– Ojejku, co ja mam z tobą zrobić?

Obejmując Mainę, zatopiła twarz w jej włosach.
Kyousuke miał złe przeczucia, kiedy Maina rzuciła się na przewodniczącą, ale wyglądało na to, że Syamaya się poddała.
Kiedy już zagrożenie ze strony Morderczej Księżniczki minęło…

– Ach, wspaniale… W końcu się zregenerowało.

Ledwie grupa Kyousuke złapała chwilę wytchnienia, a pojawił się czyjś głos. Czysty sopran, brzmieniem przypominający bryłę lodu o temperaturze zera absolutnego. Jego echo rozeszło się po okolicy. W tej ciemnej głuszy brzmiał jak zapowiedź koszmaru, zamrażając całkowicie otaczające ich powietrze.

– …?!

Wszyscy z niedowierzaniem na twarzach spojrzeli w stronę, z której dochodził.
W blasku księżyca przebijającego się przez gałęzie mrocznego lasu…

– Występ suportu już się skończył? W takim razie skoro publika już rozgrzana, pora na morderstwo wieczoru!

Mordercza Maszyna, Renko, nie miała na sobie maski, słuchawek ani bluzy. Jej niebieskie oczy dosłownie płonęły żądzą krwi, a twarz zdobił potworny uśmiech.

× × ×

– Renko… Ty żyjesz? – Kyousuke wpatrywał się w dziewczynę ze zdziwieniem.

Gładząc swoje zakrwawione włosy, pokiwała głową, a potem odpowiedziała:

– Tak, żyję. Straciłam jedynie przytomność przez wstrząs przy uderzeniu, a że otrzymałam obrażenia większe, niż sądziłam, to ponowny rozruch też zajął więcej czasu. Chociaż być może włączył się tryb uśpienia, żeby przyspieszyć regenerację… Cóż, nieważne. W każdym razie jestem cała! W razie nagłego wypadku włącza się zabezpieczenie mojego limitera i go wyłącza. W końcu nie ogranicza jedynie mojej żądzy zabijania, ale także fizyczne zdolności.

Renko wzięła do ręki leżący obok jej limitera, maski przeciwgazowej, kamień wielkości dłoni, a potem ścisnęła go z całej siły.
Trzask.
Skała została zmiażdżona i zostały z niej jedynie małe fragmenty wielkości piasku, które przesypały się przez palce dziewczyny.

– He? – wydała z siebie Syamaya. – J-Jak? Ty… Ty żyjesz? Nie może być, przecież wyrąbałam ci dwie dziury w czaszce… – Głos przewodniczącej drżał, a po odpowiedzi, jaką uzyskała, zaczęły drgać także jej ramiona.2

– Wyrąbałaś dziury? Fufu, Syamayciu, nie bądź śmieszna. – Renko złożyła dłoń w pistolet, a potem przystawiła sobie palec wskazujący do czoła. – Nie zrobiłaś żadnej dziury, to były jedynie drobne pęknięcia. Gdybyś chciała ją spenetrować, musiałabyś przyłożyć do niej strzelbę i kilkukrotnie wystrzelić. Wtedy pewnie skończyłabym z mózgiem na ścianie jak pewien rockowy wokalista. Ale rozłupanie mojej czaszki przy użyciu jedynie ludzkiej siły? Niemożliwe… Przynajmniej nie dwoma czy nawet trzema ciosami. Taką mnie stworzono. Bang! – krzyknęła Renko, imitując pociągnięcie za spust.

Dziwne zachowanie dziewczyny jeszcze bardziej zbiło z tropu Syamayę.

– Przystawić i kilkukrotnie…? Taką stworzono? N-Nie rozumiem, o czym mówisz… C-Co się dzieje… Co się z tobą stało? – wykrzyczała, jeszcze mocniej obejmując Mainę. Jej głos szybko przeszedł z początkowego zdziwienia do panicznego strachu.

Renko, wlepiając w Syamayę spojrzenie ostre jak sztylet, ruszyła w jej stronę z szeroko rozłożonymi rękami. Ponieważ nie miała na sobie bluzy, wyraźnie było widać, że prawie całe pokryte były tatuażami.

– Ja? Jestem Maszyną do zabijania, Mordercza Księżniczko. Jesteśmy do siebie podobne, dzieli nas jednak pewna stanowcza różnica. Mnie stworzono jedynie do zabijania, jestem dosłownie Urodzonym Mordercą. Dla mnie mordowanie to nie żadne hobby, proste zainteresowanie ani cel życia. To mój raison d’etre. Bez zabijania nie mogę istnieć. Nie czerpię żadnej przyjemności z mordowania… Ponieważ sama jestem manifestacją samego zabijania i cały czas odczuwam z niego przyjemność. Żyje się tylko raz, więc prowadzenie nieszczęśliwego życia to raczej kiepski układ, prawda? Fufu. Och, tak na marginesie, moja prawdziwa tożsamość jest tajemnicą, więc lepiej jej dochowaj albo to ciebie pochowają, dobrze? Ujawniłam się, mimo że tak bardzo próbowałam zachować to w sekrecie. Fufu. Zresztą nieważne, Syamajciu… W końcu zabiłaś już dwadzieścia jeden osób.

Czyli już dawno przygotowała się na to, że ktoś w końcu ją zabije?
Renko od razu po tym, jak skończyła, wyskoczyła do przodu, a dzięki swojej nadludzkiej sile pokonała dzielący je dystans w mgnieniu oka.

– A… Aaaaa!

Kiedy Syamaya zauważyła, że Renko nagle znalazła się tuż przy niej, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Nie miała jednak czasu na żadną inną reakcję, bo została momentalnie złapana za szyję i uniesiona w powietrze.

– Aaa!

– Clo? Cło si-sie dzeje?

Maina, pociągnięta nagle w górę przez Syamayę, upadła na ziemię, tuż pod nogi Renko.

– Przestań… Renciu! Już po wszystkim! Wiem, że jesteś zła… ale kołeszanka Czamaya już nas nie skrzywdzi! Więc… proszę, przestań…

– Maina. – Renko, unosząc Syamayę jedynie w swojej prawej ręce, spojrzała ze słodkim uśmiechem w załzawione oczy Mainy, która na dźwięk swojego imienia mruknęła pytająco. – To bardzo nieznośne, wiesz? – dodała growlem, obrzucając ją jednocześnie potwornym spojrzeniem.

Widząc, że Maina jęknęła i szybko uciekła ze strachu, Renko ponownie skupiła uwagę na palcach ściskających szyję Syamai. Patrząc, jak jej ofiara zaczyna się dusić, przechyliła głowę na bok, robiąc przy tym strasznie znudzoną minę.

– Co za nudy. To jak słuchanie melodii, która już dawno ci się przejadła… Najpierw spokojne załamanie przepełnione nagłą stratą, a potem wybuch, który jednak nie jest w stanie połączyć ze sobą nienawiści i gniewu. Taki deathcore, który już dawno wyszedł z mody. No cóż, twoja walka o oddech tworzy przynajmniej miłą dla ucha melodię. Oczekiwałam od ciebie o wiele więcej, Mordercza Księżniczko – powiedziała łagodnym głosem, po czym zwolniła uścisk. Kiedy jednak Syamaya zaczynała już łapać powietrze – tuż przed tym, jak dotknęła ziemi – Renko kopnęła ją w żołądek.

– Ghhh!

Trafiona dziewczyna dwukrotnie przeturlała się do tyłu, jęcząc z bólu.

– Aaaaa! Umieram! Umieram!

Turlała się tam i z powrotem, krzycząc, podczas gdy Renko zmarszczyła czoło i powiedziała:

– He? Co to, u licha, ma być za zabawny głosik? Ten twój akcencik jest nieznośny . No nic, zadam ci tak wiele bólu, że nie będziesz już miała siły wrzeszczeć… Aaaa, szlag by to trafił! – krzyknęła, niezadowolona, kładąc obie ręce na głowie. – Dość… Dosyć! Naprawdę cię nienawidzę. Nie mogę zaakceptować twojego istnienia. Mimo że już tyle razy zabiłam, nigdy nie dowiem się, jak to jest, kiedy to ciebie ktoś zabija. W nagrodę za wszystkie twoje morderstwa chciałam dać ci wybór piosenki, w jakim rytmie byś odeszła , ale… Nieważne. Już wybrałam za ciebie. Uduszę cię, bo nie mogę znieść twojego głosu. Zmiażdżę ci struny głosowe, a potem rozedrę szyję na kawałki. Jak to brzmi? W każdym razie dzięki temu zabiję cię w ciszy. Nie, zabicie cię to jak pstryknięcie palcami, więc jeśli ominę szyję, mogę podelektować się twoim krzykiem…

– Aaaaa!

– Rany! Ale to rozdziera uszy… Rozumiem. W takim razie użyję po prostu siły. Skoro zraniłaś mnie w głowę, to roztrzaskam ci czerep na kawałki. Wtedy będziemy kwita, co nie? – Renko, owijając wokół palca pukiel swoich zakrwawionych włosów, jednocześnie ukazała iście demoniczny uśmiech.

Syamaya w tym momencie błyskawicznie wstała i przerażonym wzrokiem zaczęła się rozglądać.

– Ach…

Kiedy zauważyła, że jej maczeta leży pomiędzy nią a Renko, odzyskała ducha walki. Na jej twarz zawitał uśmiech, po czym rzuciła się przed siebie.

– Giiiiiiiiiińńńńńńń!

Wzięła maczetę do ręki i zrobiła nią zamach, ale Renko…

– Przecież już ci mówiłam, że takie zabawki są na mnie nieskuteczne.

Złapała pomiędzy dłonie ostrze opadającego na nią ostrza, a potem je złamała.

– He? – Syamaya, trzymająca w ręku bezużyteczną rękojeść broni, wydała z siebie dźwięk, który spokojnie można byłoby przypisać Mainie.

Przewodnicząca komitetu zamarła, nie wiedząc, co takiego się wydarzyło, a wtedy Renko uniosła w górę swoją pokrytą tatuażami prawą rękę, żeby zadać cios mający zmiażdżyć Syamai czaszkę.

– Bezpiecznej podróży, Mordercza Księżniczko. Kiedy będziesz już po tamtej stronie, postaraj się zaprzyjaźnić ze swoimi ofiarami.

Renko zmrużyła oczy.
Syamaya zacisnęła mocno swoje.
Renko wzięła zamach i…

– Nie zabijaj jej!

Pomiędzy dziewczyny wbiegła jakaś postać.

– …?!

– …?!

Obie w tym momencie otworzyły szeroko oczy, jednak Renko nie mogła już zatrzymać swojej ręki; uderzyła w postać, która nagle przed nią stanęła… Kyousuke.

– Ghaaa!

Chłopak krzyknął, zasłoniwszy się rękoma przed ciosem mogącym spokojnie zgnieść stalową belkę. Nie był w stanie zatrzymać siły uderzenia – został odrzucony w tył i upadł na ziemię. Maina i Eiri, widząc całe to nagłe zajście, jednocześnie krzyknęły.

– Co? K-Kyousuke… Co ty wyprawiasz…

– Renko, nie zabijaj jej! Nie… zabijaj… Syamai… – wyjęczał Kyousuke, podnosząc zalaną potem twarz.

Jego prawa ręka po przyjęciu ciosu Renko była cała czerwona. Nie miał złamanej kości, ale najwidoczniej rozerwało mu kilka mięśni, co oznaczało, że musiał odczuwać naprawdę niewiarygodny ból. Mimo to zacisnął jedynie zęby, wstał i powiedział:

– Proszę… przestań. Renko… Nawet jeśli jej nie zabijesz… Ona już nic nam nie zrobi… Więc proszę. Nie zabijaj Syamai!

– Nie!

Mimo usilnych próśb Renko krzyknęła jak uparte dziecko. Wydymając policzki, wskazała na Syamayę.

– Ta suka wbiła mi maczetę w głowie, wiesz? Próbowała mnie zabić! Na szczęście, drocząc się z nią, pomyślałam, że na wszelki wypadek dobrze by było włączyć zabezpieczenie… A ona uderzyła mnie maczetą w głowę! Ta suka… Nie tylko mnie, Eiri i Mainę… Najgorsze jest to, że ciebie też chciała zabić! Najważniejszą osobę w moim życiu! Nie mogę jej wybaczyć, że cię tknęła. Nikt poza mną nie może cię zabić! To po prostu niewybaczalne… Absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie, absolutnie niewybaczalne. Dlatego nieważne, co takiego powiesz, po prostu muszę ją zarżnąć. – Renko, wlepiając przepełnione żądzą krwi spojrzenie w Syamayę, rzuciła gardłowym głosem, który zdawał się sugerować, że krew się w niej gotowała.

– Heee?!

Przerażona Syamaya się skuliła.
Kiedy zaczęła szczękać zębami, a w jej oczach pojawiły się łzy, Renko rzuciła kpiąco:

– Ojej, czyżbyś naprawdę przygotowywała się na śmierć? Fufu, czy to nie miło, Mordercza Księżniczko? Możesz teraz poczuć to, co twoje ofiary, zanim wydały z siebie ostatnie tchnienie. Podziel się z nimi swoimi doświadczeniami z tej chwili, kiedy już będziesz po drugiej stronie, dobrze? Zanim próbowałaś mnie zabić, powiedziałaś, że to „skrót do czyśćca”. Tym razem ty pojedziesz skrótem, albo raczej ekspresem, ale prosto do piekła.

– Renko! – ryknął Kyousuke, kiedy tamta wyciągała rękę w stronę Syamai, a potem, patrząc na piękną twarz dziewczyny, która mruknęła pytająco, spróbował jeszcze raz przemówić jej do rozumu:

– Nie zabijaj… Nie zabijaj! Jeśli zamordujesz Syamayę na moich oczach… jeśli pozbawisz życia kogokolwiek… Nie mogę ci zagwarantować, że będę traktować cię tak samo jak wcześniej… Bez wątpienia szczerze cię znienawidzę.

– …

Słysząc słowa chłopaka, Renko zamarła.

– Kamiya… – wydusiła Syamaya.

Renko otworzyła szeroko swoje niebieskie oczy, a potem bez słowa, powoli opuściła głowę.

– Fufu.

PsyCome_V2_291
image-1126

Po chwili uśmiechnęła się szeroko.

– Kyousuke, uważasz, że jesteś w stanie mnie powstrzymać? Musisz mnie naprawdę lekceważyć. Kocham cię, wiesz? Naprawdę cię kocham! Ale moje uczucie nie jest takie błahe. Nie można użyć go jako tarczy, która sprawi, że powiem „Dobrze, rozumiem”, a potem jak grzeczna dziewczynka zrobię, co tylko zechcesz. Poza tym nie przepadam, kiedy ludzie mówią „jeśli blablabla, to cię znienawidzęęę”. Prawdę mówiąc, to może sprawić, że to ja ciebie znienawidzę.

– Nie to miałem na myśli.

Znosząc na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny, Kyousuke zacisnął mocno pięści.
To nic wielkiego. Renko jest szczerą dziewczyną, więc jeśli sam zachowam szczerość, uda mi się jej to przekazać.

– Ja ciebie też lubię, Renko. Nie kocham, lubię. Jesteś trochę trzepnięta i pasuje mi twoje towarzystwo… i to nawet mimo tego, że kiedyś próbowałaś mnie zabić. Ale… chociaż zdaję sobie sprawę, że zabiłaś już wiele osób, dla mnie będzie to twoja pierwsza ofiara. Pewnie po tym nie mógłbym już na ciebie patrzeć. Przepraszam, że tak decyduję o wszystkim za ciebie, ale… Ale chcę dalej być przy tobie, śmiać się razem z tobą. Dlatego proszę… błagam cię, Renko, nie rób niczego, za co bym cię znienawidził. Nie wymażemy tego, co Syamaya nam zrobiła, ale dla nas wystarczy, że jesteś cała… Dlatego skończmy to już, dobrze?

– Ta, rozumiem!

– He?

Kyousuke otrzymał odpowiedź tak szybko, że nie zdążył zrozumieć, co się dzieje.
Renko odwróciła się i podbiegła do niego.
Na jej pięknej twarzy widniał promienny uśmiech.

– Kyousuke! Jesteś naprawdę wspaniały! Nie chcę, żebyś mnie znienawidził… Przypieczętujmy naszą miłość! Dzięki tobie nic mi nie jest. Jesteś zadowolony? Bo mnie twoje słowa naprawdę uszczęśliwiły! Ach, co za melodia, te uczucia… Co za przyjemność! Tak wspaniała, że nie mogę jej znieść! Naprawdę, naprawdę cię kocham, Kyousuke! Kocham też melodię twojej uczciwości i szczerości! Kocham cię! Kyousuke! Chcę zabić cię tu i teraz!

– He? Wszystko, tylko nie moje życie… Aj, boli!

Renko nagle go objęła i zaczęła ocierać o niego swoją twarz, ale zrobiła to na tyle agresywnie, że upadł na ziemię.
Cieszył się jednak, że dotarł do niej jego przekaz.

– Och, przepraszam, przepraszam! Zraniłam cię, prawda? Pozwól, że w ramach rekompensaty zdejmę stanik, żeby twoje ulubione piersi…

Renko zaczęła pleść od rzeczy, ale Kyousuke udało się powstrzymać jej mordercze zapędy.

– Fiu… Dzi-Dzięki Bogu… – Maina była całkowicie wyczerpana.

– Ta dziewczyna powinna w końcu zdechnąć – powiedziała Eiri, wlepiając spojrzenie w Renko.

Jeśli chodzi o Syamayę…

– Ch-Chyba zostałam… ocalona – wymamrotała, a potem straciła przytomność.

× × ×

– Ej, czemu to ja mam ją nieść? – Renko, dźwigająca śpiącą Syamayę, westchnęła.

Na niebie królował księżyc, a oświetlone jego nikłym światłem drzewa rzucały cienie na drogę, którą wracali do szkoły.

– Doszliśmy do tego na drodze eliminacji. Ja i Maina jesteśmy jedynie słabymi dziewczynami, a ty stanowczo sprzeciwiłaś się, żeby Kyousuke ją niósł. Poza tym to wyłącznie twoja wina, że straciła przytomność. – Eiri, idąca obok Renko, ziewnęła z nudów.

– No tak, racja, ale ta szmata jest ciężka, jej perfumy cuchną, a te niepotrzebnie wielkie balony mnie gniotą. To nieznośne. Może po prostu porzućmy ją w jakimś miejscu, w którym nie będą mieli problemu ze znalezieniem jej? Poza tym, Eiri, mam na sobie swój ogranicznik, więc jestem obecnie zwykłą, słabą dziewczyną jak wy dwie, wiesz?

– Słabą? Nie chciałaś powiedzieć, że jesteś zboczona jak ona? I nie marudź tak na jej duże piersi, skoro sama też jesteś nieźle wyposażona. Jeśli chcesz ją przez to porzucić, to najpierw odetnij sobie te dwa wielkie zwały tłuszczu zwisające ci z klatki piersiowej – rzuciła ostro Eiri, robiąc przy tym zniesmaczoną minę i odwracając głowę w inną stronę.

Jednak idący obok niej Kyousuke zauważył na jej twarzy niewielki uśmiech. Widać także ona cieszyła się, że tamto wydarzenie z Renko dobrze się skończyło. Sam zresztą, wraz z Mainą, uśmiechnął się na widok dogryzających sobie jak na co dzień dziewczyn.

– Nie ma to jak prawdziwa, szorstka męska przyjaźń. Stanowią naprawdę bardzo zgraną parę.

– Haha. Rzeczywiście są ze sobą naprawdę blisko. To naprawdę…

Maina zaczęła przyglądać się komediowej rutynie dziewczyn.
Chociaż jej oczy były przepełnione podziwem, Kyousuke dostrzegał w nich także samotność. Patrząc tak na nią, chciał ubrać to jakoś w słowa, ale…

– Ja… naprawdę się nienawidzę – powiedziała, zwieszając głowę. Zaczęła mówić do siebie głosem przepełnionym odrazą:

– Lekkomyślność, kiepski refleks, głupota, niezdarność, pesymizm… To jedyne moje cechy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o sobie. Niczego nie potrafię zrobić dobrze. Im bardziej się staram, tym bardziej pogarszam sprawę… Przez co nigdy nic mi nie wychodzi. Nawet wtedy…

Maina zacisnęła pięści.
W jej głosie wyraźnie dało się usłyszeć cierpienie i żal do siebie. Po krótkiej chwili przerwy kontynuowała, wspominając bolesne wydarzenia:

– Umarł przez drugie śniadanie, które dla niego zrobiłam. Poza tym ucierpiało przy tym też wielu moich kolegów z klasy… Teraz sobie myślę, że gdybym tak się nie starała, to nie doszłoby do takiej tragedii. Gdyby mnie tam nie było, nikt by nie ucierpiał, prawda? Już pięćdziesiąt razy próbowałam się zabić, ale… – Wyjaśniła, że ma takie myśli za każdym razem, kiedy przypomina sobie o tamtym wydarzeniu. Na jej ponurej twarzy pojawił się jednak uśmiech. – Kiedy wszystko się skończyło i doszłam do siebie, podbiegłam do niego… Wciąż jeszcze żył. Chociaż panikowałam, płakałam i ciągle pociągałam nosem… on mimo potwornego bólu się uśmiechnął, żeby mnie pocieszyć, i powiedział „Dziękuję, było pyszne”. Dokładnie takie słowa chciałam usłyszeć, kiedy zaczęłam robić dla niego jedzenie… A okazały się jego ostatnimi… Moim zdaniem wymusił uśmiech, bo to musiało smakować naprawdę okropnie. Ale żeby powiedzieć coś takiego w takiej sytuacji… i jeszcze się uśmiechnąć. Dlatego właśnie postanowiłam, że się nie poddam. Muszę cenić swoje życie, nawet jeżeli sprawiam kłopoty innym, nawet jeżeli czeka mnie wiele trudności i cierpienia… Muszę żyć, żeby odpokutować za swoje zbrodnie. – Maina, chociaż wciąż miała smutną minę, uniosła głowę i spojrzała przed siebie. – Byłam w prawdziwym szoku, gdy usłyszałam, że celem tej szkoły nie jest odpracowanie win, ale… nie poddam się! Mam takie samo postanowienie jak ty, Kyousuke. Nie zabiję nikogo, nie dam sama się zabić. Nieważne, co przyniesie przyszłość, stawię temu czoło! – Dziewczyna bojowo przyłożyła pięści do piersi.

Prawdę mówiąc, zataili przed nią prawdę nie przez polecenie Kurumii, żeby nikomu o tym nie mówić. Bali się, że nie zniesie szoku, że straci wolę życia. Ona jednak…

– Maina, jesteś naprawdę silna.

– He?

– Naprawdę. Każda inna osoba poddałaby się, gdyby mimo tak wielu starań dalej nic jej nie wychodziło. W końcu prościej byłoby siedzieć cicho i nie sprawiać ludziom problemów. Ty jednak taka nie jesteś. Nieważne, czy dla siebie, czy dla innych, wybierasz drogę po kocich łbach. Nie potrafię stwierdzić, czy twój wybór jest właściwy, ale dokonałaś go z własnej i nieprzymuszonej woli. Idziesz z podniesioną głową drogą, którą sama obrałaś… Dlatego chcę móc cię wspierać.

– Eee?! Wcale nie… K-Ktoś taki jak ja… Auau.

– Pokaż trochę pewności siebie – powiedział stanowczym głosem Kyousuke do zaczynającej panikować dziewczyny.

– Zresztą nie tylko ja, wiesz?! Eiri i Renko również… Chłopak, który zjadł twoje drugie śniadanie, pewnie też czuł coś takiego. Być może masz sporo złych cech i rzeczy, które ci nie wychodzą, ale twoje dobre strony wszystko równoważą. Chcąc się poświęcić, pobiegłaś na kogoś, kto miał zamiar cię zabić. W dodatku z uśmiechem na twarzy. Ja nie byłbym zdolny do czegoś takiego.

– Kyousuke…

– Przepraszam, że tak długo ukrywaliśmy przed tobą prawdę. Jesteś o wiele silniejsza, niż kiedykolwiek sądziliśmy, no i o wiele bardziej dobroduszna . Nie musisz się martwić. Uśmiech tamtego chłopaka…Twoje uczucia z pewnością do niego dotarły. Gwarantuję ci – to, jak bardzo niezdarna jesteś, nie ma żadnego znaczenia.

– …?!

Maina spojrzała na twarz Kyousuke i się zatrzymała.

– Ej! Co ci się stało, że tak nagle stanęłaś?

– Auau! N-N-N-N-Nic takiego! – krzyknęła Maina po usłyszeniu pytania Renko, jednocześnie rumieniąc się jak burak. – Eee… Naplawde, nuc takiego! Hahaha… – wymamrotała, po czym ruszyła biegiem za Renko i Eiri, które zdążyły się oddalić. – Łaaaa! – Upadła.

– Ech – obie dziewczyny jednocześnie westchnęły.

Kyousuke gorzko się uśmiechnął, widząc, jak zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi Maina się wywaliła. Co prawda, sama dałaby radę wstać, jednak mimo to podał jej rękę.

– Jeśli otrzymasz pomocną dłoń, będzie ci łatwiej, prawda? Postaram się zostać twoją ostoją. Podnieść cię po tym, jak upadłaś, i pomóc ruszyć dalej.

– Ach… D-Dobrze! Bałdco ciękuję… – Maina, rumieniąc się, nieśmiało złapała dłoń Kyousuke, a potem ze wzrokiem wbitym w ziemię wyszeptała: – Renciu, Eiriś… Ja… Też mogę się postarać?

Słysząc jej słowa, Kyousuke mruknął pytająco.

– Postarać się? A czy już nie starasz się ze wszystkich sił? Czemu musisz je o to pytać?

– Co?! O… Nie, nic! Nie o to mi chodziło. Mówiłam tylko do siebie… F-F kasdym rasie nuc takiego! Zapomnij! – Maina, kręcąc głową, ponownie ruszyła przed siebie, cały czas ściskając mocno rękę Kyousuke.

– Ej! Czemu tak nagle przyspieszyłaś?

– Już mówiłam, nuc tafiego! To nuc tafiego!

Kyousuke zdziwiła nagła zmiana zachowania Mainy. Renko zaś, widząc, jak idą, trzymając się za ręce, przyłożyła dłoń do czoła i westchnęła.

– Rety. Eiri, na ring weszła kolejna rywalka, co?

– He? – Eiri spojrzała na maskę przeciwgazową pytającej. – Co masz na myśli? Nie rozumiem, o co ci chodzi. Nie interesuje mnie ten niezdecydowany bezwstydnik. Możecie sobie o niego konkurować, ile tylko chcecie, jasne? Tylko że, cóż…

Jedynie jedna więcej byłaby do zniesienia, ale…
Eiri, robiąc rozdrażnioną minę, spojrzała na plecy Renko.
Jej długie rzęsy zadrżały, zrobiła słodką minę, zamruczała i słodkim głosikiem przez sen powiedziała:

– Mmmm. Wspaniale… Naprawdę pięknie… Ufufufufu.