Rozdział 1 – Ten, który poluje na smoki

Brukowana ścieżka przecinała tereny akademii, ciągnąc się z północy na południe.

Nazywano ją główną drogą, bowiem była arterią akademii, która łączyła przeróżne sale wykładowe, aule, osiem budynków mieszkalnych oraz stołówkę. W czasie przerwy obiadowej uczniowie tłoczyli się na niej.

Był to bezchmurny, słoneczny poniedziałek. Jak można było się spodziewać, uczniowie i dziś gromadzili się na dróżkach w czasie przerwy.

Nagle jednak panujący gwar rozmów ucichł.

Fala nerwowości pomieszanej ze strachem rozszerzała się pośród tłumu, a uczniowie odwracali się jeden po drugim, by zobaczyć jej przyczynę.

Od tyłów nadchodziła samotna dziewczyna, a jej piękne, złote włosy trzepotały na wietrze.

Miała pełne wdzięku kształty i doskonałą figurę. Była tak piękną przedstawicielką swej płci, że w powietrzu wokół niej można było niemalże dojrzeć blask, jednak jej twarz była wykrzywiona w kwaśnym grymasie, co niweczyło to elfickie piękno. Emanowała od niej wroga aura, jakby była jakąś dziką bestią.

Natomiast na wierzchu jej beretki odpoczywał mały smok, nie większy od kota.

Nie można go było nazwać niczym innym jak smokiem, gdyż jego łeb przypominał skrzyżowanie jaszczurki i krokodyla, jednakże wyraz na jego pysku był znacznie bardziej szlachetny. Z czoła wyrastały mu dwa rogi, a ciało z postury przypominało kota. Na grzbiecie miał cztery skrzydła, które były bardziej podobne do motylich niż ptasich, a całe jego ciało dodatkowo pokrywały łuski koloru stalowego.

– Prawie jak Mojżesz pokonujący Morze Czerwone – przemówił smok nad wyraz niskim głosem jak na swoje rozmiary.

Działo się tak, jak powiedział. Przed dziewczyną otwierała się ścieżka, która dzieliła morze osób znajdujących się przed nią na dwie części.

– Wszyscy się ciebie boją.

– Pff, nic nowego.

– Właśnie to, co nazywasz żadną nowością, jest problemem. Nawet jeśli prawdziwym wcieleniem Krwiożerczego Cukierka byłabyś ty, to strach, jaki teraz wzbudzasz, i tak nie byłby równie ogromny.

W tym samym momencie upadł przed nią jeden z uczniów, prawdopodobnie potykając się o coś.

Gdy zauważył dziewczynę, zaczął się gwałtownie trząść.

– Aaa, przepraszam! Nie zabijaj mnie, proszę!

– Spadaj.

– Taaak!

Uciekł w popłochu, a jego oblicze przypominało kogoś, kto wpadł na niedźwiedzia.

– Masz rację, wydaje się dosyć nieuzasadnione. Jak ludzie mogą się mnie tak obawiać? – powiedziała, wydymając wargi.

– Bo JESTEŚ taka przerażająca. To ty, ledwie wkraczając na teren akademii, wysłałaś piątkę starszych uczniów do szpitala.

– Po prostu ukarałam ich za zuchwalstwo. Może i próbowali mnie zaprosić do klubu, ale według mnie byli trochę zbyt wylewni i poczułam, że moje ciało jest zagrożone, dlatego…

– Zdarzyło ci się też wypchnąć współlokatorkę przez okno.

– To była siła wyższa. Ta dziewczyna próbowała się wślizgnąć do łazienki, dlatego zdenerwowałam się. Znaczy się, musiałam ochronić swe dziewczęce sekrety.

– Czy zniszczenie laboratorium biologicznego, bo nie chciałaś dotknąć żaby, również nazwiesz siłą wyższą? Wiesz dobrze, że profesor płakał nad utratą tylu cennych gatunków.

– …

– A co z tym, kiedy podpaliłaś cały ogród, bo spanikowałaś z powodu osy?

– Zamilcz, Sigmundzie. Jeśli natychmiast tego nie zrobisz, zmienię twoje racje z kurczaka na ciecierzycę1.

– Nie jestem ptaszkiem, Charl. To nie wystarczy mojemu ciału.

Blondynka, Charl, nie kłopotała się z ukrywaniem swej irytacji, idąc przed siebie dużymi krokami.

Jednakże smok nie poddawał się i kontynuował swoją przemowę.

– Może znajdziesz sobie jakichś przyjaciół? Myślę, że wtedy zmieniłaby się też reakcja ludzi wokół ciebie.

– Każdy w tej akademii jest wrogiem. Są jedynie przeszkodami na drodze do tytułu Wisemana. Nie mam powodu, by zaprzyjaźniać się z kimkolwiek z nich.

– Z takim nastawieniem zostaniesz sama i nigdy nie znajdziesz chłopaka. Pasuje ci brak popularności przez resztę twojego życia?

– Kogo nazywasz niepopularnym? Nie ma mowy, by mężczyźni na tym świecie oparli się tak uroczej dziewczynie jak ja. Nawet teraz tłoczą się do mnie gromadami jak muchówki rojące się przy kwiecie raflezji2.

– Raflezja to doskonałe imię dla ciebie; kogoś, przy kim ludzie łapią się za nos i uciekają. Mam poważne wątpliwości dotyczące tych chłopaków gromadzących się wokół ciebie. Robisz, na co tylko masz ochotę. Nie ma mowy, by taki uparty osioł jak ty kiedykolwiek… Och, muszę się poprawić. Najwyraźniej jednak kogoś przyciągasz. Choć wygląda na to, że ktoś już jest razem z nim.

Podnosząc łapę, wskazał przed siebie. Charl spojrzała w tamtym kierunku i ujrzała dziwaczną parę, stojącą pośrodku ścieżki utworzonej w tłumie uczniów.

Jednym z nich był młodzieniec. Miał założoną na swój mundurek uprzęż, która wyglądem przypominała wojskową, jednak była tak zużyta, że straciła swój kształt. Prawdopodobnie wykorzystywał ją w zastępstwie kabury i powkładał do niej mnóstwo magicznych narzędzi, takich jak magiczne kamienie i amulety, ale znalazły się w niej również nóż i pochodnia. Miał przenikliwe spojrzenie, a jego ciało było ostre i kanciaste.

Drugą z osób była dziewczyna. Nie miała na sobie szkolnego mundurka. Zamiast niego nosiła wspaniały ubiór, prawdopodobnie było to kimono. Widziała już takie na tych dziwacznych malowidłach zwanych Ukiyoe3 czy jakoś tak. Była niska i miała małą twarz, prawie jak u lalki. Charl była w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewna, że jest automatem.

W każdym razie oboje mieli twarze, jakich wcześniej nie widziała.

Podczas gdy jej spojrzenie wciąż było przykute do automatu z powodu złożonego kunsztu wykonania, młodzieniec odezwał się zuchwale.

– Panna Charlotte Belew, jak mniemam.

Wypowiedział swoje słowa, jakby grał w sztuce, a na jego twarzy gościł arogancki uśmiech. Ciężko byłoby wprost nazwać go przystojnym, jednak biorąc pod uwagę ogólny wygląd, nie można było zaprzeczyć, że miał w sobie jakiś orientalny urok.

– Uczennica drugiego roku, członkini Okrągłego Stołu w którego skład wchodzi trzynaście najlepszych osób biorących udział w Mrocznej Uczcie. Co więcej, londyńscy bukmacherzy dają trzy do jednego na twoje zwycięstwo, co oznacza, że jesteś jedną z faworytów do tronu Wisemana – sprawnie wyrecytował biografię Charl.

– Przydomek rejestracyjny Tyranozaur. Chyba naprawdę jesteś jak przerażający smok – zakończył szyderczym głosem.

Jednakże w przeciwieństwie do tego jego spojrzenie czujnie obserwowało dłoń Charl, a dokładniej mówiąc jej rękawicę. Była ona wykonana z jedwabiu i migotała w świetle, a na perłowobiałym wierzchu miała wyszyte złotą nicią słowo Tyranozaur. Owa rękawica była wyjątkowa, bowiem otrzymywali ją jedynie uczestnicy Mrocznej Uczty.

Kim jest ten arogancki, niewychowany chłopak? – pomyślała Charl, wpatrując się w młodzieńca i marszcząc brwi.

– Skoro wiesz o mnie tak dużo, to co zamierzasz? Czego ode mnie chcesz?

– Przekaż mi swoją przepustkę wstępu.

Przez krótką chwilę oniemiała z powodu tych słów, gdyż nie mogła zrozumieć, co właśnie powiedział.

– Wyzywasz mnie na walkę?

– Nie, rozważ to raczej jako uprzedzenie.

Charl westchnęła głęboko.

– Jesteś idiotą? A może po prostu chcesz zginąć?

Roztaczała wokół siebie zabójczą aurę, zimną jak lód, która wzbudzała strach w otaczających ją osobach i powodowała, że te pośpiesznie się odsuwały.

W ten oto sposób, dosyć gwałtownie, przerwa obiadowa na kampusie zamieniła się w pole bitwy.

***
Dwa dni wcześniej.

Był wieczór, Raishin aż dygotał z wściekłości w ciemnym korytarzu głównego audytorium.

– Z tysiąca dwustu trzydziestu sześciu osób zająłem miejsce tysiąc dwieście trzydzieste piąte?!

W swej zaciśniętej dłoni trzymał wynik swojego testu.

Po wstąpieniu do akademii został zmuszony do wykonania specjalnego testu sprawdzającego jego zdolności naukowe. Odpowiedzi egzaminatora gdzieś od połowy testu stały się oschłe, a fakt, że potrafił wykonywać jedynie proste działania, sprawiał, iż było to trudne do zniesienia.

– Proszę, nie bądź taki przygnębiony.

Yaya pocieszała go z delikatnym uśmiechem na twarzy.

– Yaya wie o całym tym potwornym treningu, przez jaki Raishin musiał przejść. Jeśli nie brać pod uwagę testów pisemnych i ustnych, to nie ma mowy, by Raishin przegrał w walce, prawda?

Jednakże to wcale go nie pocieszyło. Spuścił głowę niżej w jeszcze większym przygnębieniu.

– Wybacz, Yaya.

– Dlaczego przepraszasz?

– Oto ty, jeden z najlepszych automatów marki Karyuusai, warta co najmniej tyle co okręt wojenny. I ja, twój właściciel, którego oceny to zwykła porażka. Ale ze mnie ofiara…

– Nie mów tak! Yaya potrzebuje jedynie przebywać z Raishinem…

– Jak mogę spojrzeć w twarz Shouko?!

Dało się słyszeć dziwny dźwięk, gdy Yaya nagle zesztywniała.

– Yayo? Co to za zdenerwowana mina, na twojej twarzy? Czekaj, stój, powiedz mi przynajmniej dlaczego!

– Shouko, Shouko, Shouko. Nic tylko Shouko!

Na wpół we łzach Yaya dusiła Raishina za kark.

– Przynajmniej znasz swoje miejsce, Samurajski Chłopcze – zagrzmiał nagle głos z boku.

Zaskoczona tym Yaya puściła Raishina, przez co upadł na ziemię.

Kaszląc gwałtownie, Raishin spojrzał w górę i ujrzał przed sobą piękną, wysoką kobietę.

Jej rude włosy były wzburzone, a w niebieskich oczach można było dostrzec ogromną inteligencję. Miała na sobie strój personelu edukacyjnego, a na piersi zawieszoną parę okularów.

Jej zimne piękno było mu znajome, bowiem to ona była jego egzaminatorką.

– Jestem profesor Kimberly, nauczycielka fizyki maszyn. Na nasze nieszczęście zostałeś przydzielony mnie.

– Gdzie moje maniery, miło mi panią poznać. W takim razie jestem pod pani opieką, profesor Kimberly.

Raishin szybko ją powitał, a podenerwowana Yaya pokłoniła się.

Kimberly kontynuowała bez cienia uśmiechu na twarzy.

– Gratuluję ci przybycia z jakiejś zaściankowej wsi na Dalekim Wschodzie, jednak twoje oceny to okrutna rzeczywistość. Jeśli chcesz zdać, radzę ci zdobyć wymagane punkty, nawet gdybyś miał przez to umrzeć. Szczególnie polecam moje wykłady. W trakcie roku możesz zdobyć sześć punktów, oczywiście jeśli Azjata twojego pokroju w ogóle potrafi zrozumieć moje nauki.

– Czy to nie trochę rasistowskie podejście?

– Jestem filantropką. Biali, Czarni, Indianie, Żydzi – dla mnie wszyscy są równi. Jedyną miarą człowieka jest jego wiedza. Nienawidzę idiotów i tyle.

– Ciężko mi uwierzyć, że nazywasz siebie filantropką z taką powagą na twarzy.

– Będziesz mieszkał w żółwim akademiku. To miejsce dla wszystkich uczniów, którzy nie radzą sobie z lekcjami; najgorsi z najgorszych. Wpadnij tam, gdy będziesz wolny, i zajmij sobie pokój. To wszystko, co mam ci do powiedzenia.

– Proszę chwilę zaczekać, profesor Kimberly. Może to trochę zbyt wcześnie, ale chciałbym z panią o czymś porozmawiać.

– Mów zatem.

– Jak mogę się dostać na Mroczną Ucztę?

Kimberly już odchodziła, ale jego pytanie natychmiastowo ją zatrzymało.

– Chcesz powiedzieć, że naprawdę nie wiesz? Jedynymi, którzy kwalifikują się do udziału w Mrocznej Uczcie, są uczniowie z najlepszymi ocenami. Co więcej, zaledwie stu z nich weźmie w niej udział. Jako że teraz jesteś na przeciwnym końcu stawki, nie ma sensu nawet o tym rozmawiać. Poza tym Mroczna Uczta już niedługo się zaczyna, więc została zaledwie jedna seria egzaminów kwalifikacyjnych. Sądzę, że to chyba naprawdę beznadzieja sprawa.
Raishin w desperacji wyśmiał samego siebie, na co Kimberly odpowiedziała wymownym spojrzeniem.

– Mroczna Uczta to nie jakiś elegancki bal z tańcami. Na nim następuje starcie Sztuki Maszyn trwające do czasu, gdy na polu walki pozostanie jedna osoba. Jeśli przystąpisz do niej z tak lekkomyślnym nastawieniem, łatwo pożegnasz się z życiem.

– Więc po prostu jako jedyny muszę przetrwać?

Kimberly spojrzała zdumiona. Jej oczy zwęziły się, kiedy mierzyła Raishina od stóp do głów, jakby oceniając jego wartość.

– Dlaczego tak napaliłeś się na Mroczną Ucztę? Czy ukończenie tej akademii i zyskanie prestiżu, jaki daje na całe życie, nie jest wystarczającym osiągnięciem?

– Już dawno postanowiłem, że zostanę Wisemanem.

– Czego pragniesz? Bogactwa? Sławy? A może wiedzy? Czy też chodzi ci o władzę?

– To pytanie nie ma sensu. Gdy zostaje się Wisemanem, zyskuje się wszystkie powyższe.

– To prawda. Bycie Wisemanem oznacza, że nie jesteś ograniczony przez Międzynarodową Kartę Praw Sztuk Magicznych i Kodeks Etyki, których muszą przestrzegać wszyscy magowie. W skrócie „nic nie jest zakazane”. Możesz czytać zakazane księgi i używać niedozwolonej magii, a nawet prowadzić badania nad nieśmiertelnością i modyfikacją genetyczną. Będziesz postrzegany na równi z każdym generałem jakiejkolwiek armii na świecie.

– Całkiem dziarska przemowa.

– Twoim celem nie jest bogactwo. Nie pragniesz również sławy. Nie wydajesz się być na tyle mądry, by poszukiwać wiedzy i mądrości, więc czego tak naprawdę chcesz?

Raishin nie odpowiedział. Wpatrywał się jedynie w Kimberly, nie spuszczając z niej wzroku ani na chwilę.

Cisza stawała się nie do zniesienia, aż po chwili…

– Pozwól, że przedstawię ci ogólny konsens całej sprawy. Jedynym celem Mrocznej Uczty jest wybranie najlepszego lalkarza w danym pokoleniu. Żyjemy w świecie merytokratycznym. Dlatego też, gdyby ktoś, kto ma niezbędne kwalifikacje, został pokonany w pojedynku Sztuki Maszyn przez kogoś, kto ich nie ma…

W tym momencie, jakby to był jakiś sekret, Kimberly zaczęła mówić ściszonym głosem.

– Myślę, że Komitet Wykonawczy Mrocznej Uczty powinien zmienić sposób, w jaki wybiera uczestników, czyż nie?

– Dziękuję za pani rady.

– Pracuj ze wszystkich sił. Oczekuję, że ujrzę zdumiewające rezultaty, panie Przedostatni.

Z niewielkim uśmiechem na twarzy Kimberly odwróciła się i odeszła w głąb korytarza.

– Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że przerażająca z niej osoba – Yaya z rezerwą wypowiedziała swoją opinię o profesorce.

– Tak, ale nie sądzę, by była zła.

Mimo iż nazwała Raishina idiotą, nie zignorowała go i wysłuchała, co miał do powiedzenia. A w sprawie Mrocznej Uczty mogła mu po prostu powiedzieć, że nie ma najmniejszych szans na udział. Nie było potrzeby, by omawiać z nim hipotetyczne możliwości.

– Wręcz przeciwnie, myślę nawet, że może być wspaniałą kobietą.

– Raishin… więc naprawdę wolisz dojrzałe kobiety…

Ignorując szlochającą Yayę, rozważał słowa Kimberly.

Był przedostatni. Aby zdobyć miejsce pośród najlepszej setki, będzie musiał prześcignąć ponad tysiąc osób, śmietankę towarzystwa, która przybyła z całego świata. Lub też będzie musiał je wyeliminować.

To chyba nie jest coś, czym warto się chwalić, ale moja wiedza jest mniej więcej na poziomie nowicjusza, zarówno w dziedzinie lalkarstwa, jak i sztuk magicznych.

Możliwość wykorzystania wyników w nauce, by rywalizować z innymi, wynosiła zero.

W takim razie…

Martwiąc się o Raishina, który nadal milczał, Yaya przybliżyła do niego swoją twarz.

– Może powinniśmy to omówić z Shouko?

– Nie zamierzam zwracać się do wojskowych o poradę. I tak jest dla nas tylko jedna możliwość.

Raishin zaśmiał się ironicznie. Nawet dla niego był to dosyć zabawny sposób załatwiania spraw.

– Musimy wziąć udział w Mrocznej Uczcie. To najszybszy sposób na zabicie go.

– Ale jak? Wymyśliłeś coś?

– Profesor Kimberly to powiedziała. Jeśli chcę uzyskać przepustkę, muszę być jak Momotaro4.

– Zamierzasz dzielić się z kimś plackami ryżowymi?5

Pokręcił głową, wydął wargi i obwieścił jej swój plan.

– Zamierzam obrabować kilka demonów.

***

– Hej, musicie to zobaczyć! Zagraniczny uczeń wyzwał T-rexa na walkę!

– Co?! Skąd pochodzi? Gdzie wychowują takich idiotów?

– Z Japonii. Ten głupek pochodzi z Japonii.

– Z Japonii? Może to księżniczka podobna do Izanagi6?

– Nie, to ten nowy chłopak, który przybył tu dwa dni temu.

– Co on robi z T-rexem? Ona aż tak rwie się do walki?

– Nie, wygląda na to, że zaczął to ten nowy. Najwyraźniej chce jej przepustkę.

– I ze wszystkich możliwych osób wyzwał T-rexa… To samobójca czy co?

– Nie sądzę. Spójrz na niego, wydaje się być pewny siebie.

– Naprawdę jest tak silny? Jaką ma pozycję?

Oczywiście uwaga uczniów skupiła się na nim.

Raishin wewnątrz czuł się nieswojo, ale przybrał zrelaksowany wyraz twarzy, ignorując spojrzenia innych, które były mieszanką zdziwienia, pogardy, a nawet niezadowolenia.

– Zawsze zwiększa się ich liczba, gdy nadchodzi wiosna – Charl wypowiedziała te słowa, gdy smok sadowił się na jej ramieniu. – Liczba idiotów, którzy nie znają swojego miejsca, oczywiście.

– Może i jestem idiotą, ale przynajmniej je znam.

– Och, naprawdę? Więc uważasz, że jakie ono jest?

– Jestem na tysiąc dwieście trzydziestym piątym miejscu.

Wokół niego wybuchły śmiechy. Wyglądająca na zawstydzoną Yaya wpatrywała się w prześmiewców, jednak wyraz twarzy Raishina nadal był taki sam. Nawet nie zareagował na śmiechy.

Z drugiej strony Charl oniemiała z otwartymi ustami.

– Jestem zszokowana. Naprawdę jesteś idiotą. Największym spośród nich, przewyższasz ich wszystkich. Twoja głupota świeci niczym latarnia. Mówisz, że jesteś na tysiąc dwieście trzydziestym piątym miejscu? Jak możesz mieć nadzieję, mając takie oceny… – urwała w pół zdania.

Wyraz twarzy Raishina nadal pozostał niewzruszony, nawet w obliczu jej drwin.

– Śmiało, śmiej się. Szczerze mówiąc, moje umiejętności lalkarskie są w najlepszym razie trzeciorzędne. Jeśli porównać mnie do otaczającego nas tłumu, jestem pewien, że z łatwością stwierdzisz, iż posiadam mniejszą wiedzę i talent. Jednak jest jedna rzecz, która mnie od nich odróżnia.

– I jest to?

– Nie poddałem się, nim zacząłem.

Śmiechy umilkły.

Charl rozejrzała się. Wszyscy przewracali oczami, mając gorzki smak prawdy w ustach.

Miał rację. Większość z nich nie mogła uczestniczyć w Mrocznej Uczcie.

I na dodatek jedynie biernie się przyglądali.

Wszyscy oni byli przegranymi, którzy przyznali się do porażki, nim w ogóle zaczęli walkę.

– Przynajmniej pochwalę twoją godną podziwu determinację. Choć być może po prostu wolno pojmujesz niektóre sprawy?

– Chyba żartujesz. Jestem bardzo wrażliwy, gdy przychodzi do odbierania uczuć.

– Więc jednak naprawdę jesteś powolny, tępaku. Założę się, że jesteś leniwym, łatwo męczącym się typem.

– Rozumiesz w ogóle, co powiedziałaś? Dama w twoim wieku nie powinna mówić czegoś tak bezmyślnego!

– Zgadza się! Jak już, to Raishin potrafi szybko kończyć!

– Ty bądź cicho! Skąd ty, u licha, możesz znać się na czymś takim?!

Raishin pośpiesznie uciszył Yayę, jednak było już zbyt późno, gdyż Charl wyraźnie uniosła brwi w grymasie.

– Nie tylko jesteś idiotą, ale również zboczeńcem, który zabawia się ze swoją laleczką? Jesteś najgorszym rodzajem dziwaka, ty lubieżna świnio!

Chłód w jej oczach sięgnął zera absolutnego, gdy patrzyła na niego z niesmakiem. Jej spojrzenie było podobne do tego, jakim patrzy się na karalucha.
Raishin czuł nadchodzące ogromne przygnębienie. Teraz miał ochotę jedynie na skulenie się w ciemnym rogu pokoju i przytulenie własnych kolan. Niestety, nie było możliwości, by to zrobić.

– Nie popuszczam zboczeńcom. Zmiażdżmy go z pełną mocą, Sigmund.

– Zgadzam się.

W tym momencie smok, który najwidoczniej nazywał się Sigmund, ryknął.

Był niewielką istotą, jednak na oczach Raishina zaczął się przekształcać. Spowiła go czarna mgła, jakby w jego wnętrzu drzemała ciemność, i otoczyła łapy, pazury i skrzydła, formując z nich nowe kształty.

Aż wreszcie rozproszyła się, ujawniając olbrzymiego smoka.

[[File:KSwK v1 039.jpg|thumb]]

Na tyle ogromnego, że miał trzy metry wysokości i osiem metrów długości.

Nie urósł jedynie rozmiarami. Jego siła również wzrosła, prawie jak u smoka, który z małego staje się dorosłym.

Jego masa również się zwiększyła?

UMD1_39
image-802

Raishin patrzył w zdumieniu. Widział już automaty, które się przemieniały, ale ten był pierwszym, który zwiększył swoje rozmiary. Zastanawiał się, gdzie była przechowywana dodatkowa masa, gdy smok miał swoją normalną postać. Być może to dzięki jakiemuś magicznemu obwodowi wewnątrz niego? Przez głowę Raishina przemykało mnóstwo myśli.

Wewnątrz pyska smoka można było ujrzeć promień światła, który przypominał jakby jęzor.

Sigmund zaryczał, przez co atmosfera zadrżała, powodując gwałtowne podmuchy wiatru. Charl nadal nie aktywowała jeszcze magicznego obwodu, a jednak ciało Sigmunda i tak emanowało ogromną ilością energii.

Była to ogromna moc. Jego instynkt mówił mu, że ma naprzeciw siebie silnego przeciwnika.

Jednakże nie było to dla niego zaskoczeniem. Raishin uśmiechnął się nieznacznie, koncentrując swoją magiczną energię.

– W porządku, pokażmy im, co my potrafimy, Yayo. Dwadzieścia cztery uderzenia r…

– Raishin!

Zauważył to nawet bez jej ostrzeżenia. Natychmiast wykonał unik, rzucając się w bok. Yaya wyskoczyła w przeciwnym kierunku, unikając zbliżającego się obiektu.

Ogromna żelazna kula przecięła ze świstem miejsce, w którym dopiero co stali.

Miała jakiś metr średnicy, a cała jej powierzchnia była pokryta kolcami, co nadawało jej bardzo niebezpieczny kształt.

Żelazna kula nie zmieniła swojego toru lotu i teraz zmierzała wprost w kierunku Charl i Sigmunda.

Oczywiście nie zamierzali oni stać i po prostu przyjąć tego ataku. Sigmund użył swojego skrzydła, by odbić piłkę, jednak na tym nie skończył się atak tajemniczej osoby.

Z otaczającego tłumu wyskoczyło naraz kilka cieni.

Opancerzona lalka wyglądająca jak rycerz, bosa dziewczyna i sześcionoga bestia; wszystkie wyglądały na automaty.

Opancerzona lalka zaatakowała, podczas gdy pozostała dwójka skoczyła na bok, próbując odciąć drogi ucieczki. Jednakże ich celem nie był Raishin, a Sigmund!

– Sigmund!

Charl wydała rozkaz. Mimo że nie zdążyła mu powiedzieć, co ma robić, on wydawał się rozumieć jej myśli. Razem z nią na grzbiecie wzleciał w powietrze.

Opancerzona lalka, która ledwie zaczęła swoje natarcie, została od razu odepchnięta przez łapy Sigmunda.

Za pomocą machnięć ogona dwoje przeciwników nadchodzących od boków również zostało wysłanych w powietrze. Dzięki tym prostym ruchom wszystkie trzy automaty zostały wyeliminowane i jedynie czasami ich nieżywe ciała drgały.

Niezła jest. Tytuł członka Okrągłego Stołu nie jest jedynie na pokaz.

Zazwyczaj automaty będące pod kontrolą lalkarza poruszały się zgodnie z jego wolą, jednak nie były one jedynie drewnianymi lalkami. Były również niezależne, co oznacza, że miały także własną wolę. Jeśli lalkarz nie zsynchronizował się poprawnie z automatem, ruchy lalki były niedokładne, a on sam niepotrzebnie marnował dużą ilość energii magicznej.

W tej materii Charl i Sigmund osiągnęli całkowitą harmonię. Gdyby ta dwójka nie znała się doskonale, smok nie dałby rady ruszać się w ten sposób.

Jednakże nadal było zbyt wcześnie, by powiedzieć, że zagrożenie minęło.

Wyjątkowa spostrzegawczość Raishina pozwoliła mu zauważyć ich ruchy.

Wśród tłumu było kilku, którzy mieli wrogie zamiary i poruszali się dyskretnie ukryci pośród uczniów.

Wyczuwał dziewięć, dziesięć osób, a może nawet więcej. Nawet jeśli połowa z nich była zwyczajnymi lalkarzami, nadal była to potężna siła. Mogło to również oznaczać, że chcą zyskać przewagę dzięki przeważającej ilości.

Po chwili wykonali ruch.

Wyskoczyły dwa kształty podobne do potworów. Były to rusałka i harpia, automaty, których wygląd opierał się na mitycznych kreaturach znanych z legend. Lalkarze jasno określili swoje zainteresowania i zmysły automatów o takiej konstrukcji.

Pierwszym atakującym była rusałka, automat z półprzeźroczystym ciałem, która wypaliła w Sigmunda silnym strumieniem wody przypominającym włócznię.
Sigmund z łatwością uniknął ataku, jednak w tym samym momencie od boku natarł śnieżny duszek, Jack Frost7. Tego lodowego ataku wycelowanego wprost w niego uniknął z dużym trudem. I choć wyszedł z tego bez szwanku, lodowaty podmuch zamroził wodę pochodzącą z ataku rusałki, a przez to także ziemię.

Na domiar tego został zaatakowany jeszcze raz, tym razem z góry. Automat o kształtach harpii uderzył ostrym podmuchem wiatru. Tym razem nie dając rady wykonać uniku, Sigmund stracił kontrolę nad lotem i runął na zamarzniętą ziemię.

Tam czekał na niego nowy przeciwnik. Olbrzym obdarzony wyglądem golema zaatakował.

Nie mogąc złapać równowagi na śliskiej ziemi, Sigmund nie dał rady wykonać uniku. Atakujący golem złapał go za skrzydła i pozbawił możliwości ruchu.
Zebrani wokół uczniowie zaczęli między sobą szeptać. Być może w końcu nadszedł czas legendarnego T-rexa?

Dało się słyszeć okropny dźwięk, gdy skrzydła Sigmunda zaczęły trzeszczeć pod naporem siły. Jeśli nic się nie zmieni, będzie zagrożony, a na dodatek nie mógł zrzucić z siebie golema. Będąca wciąż na grzbiecie Sigmunda Charl mlasnęła językiem, a w tym samym czasie ogromna, żelazna kula ze świstem przecinała powietrze.

Niosąc ze sobą potworną siłę zniszczenia, żelazna kula…

…nie zderzyła się z Sigmundem.

– W co ty pogrywasz? – Charl spytała lodowatym głosem.

Raishin zignorował pytanie wypowiedziane za nim i przemówił do partnerki będącej przed nim.

– Chodźmy, Yaya.

– Jeśli Raishin tego pragnie, pójdę z nim nawet na kraniec świata – odpowiedziała zdecydowanie Yaya, odrzucając w tym samym czasie żelazną kulę, którą złapała.

***
Charl była całkowicie zaskoczona, wpatrując się w plecy osoby stojącej przed nią.

Tą osobą był niewychowany chłopak, który wyzwał ją do walki.

Z boku stał na golemie jego automat – ten który złapał żelazną kulę.

Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że ta dwójka ją obroniła.

Ale po tym, jak to zrobiła, piekielnie się zdenerwowała.

– Odsuń się.

– Zrobiłbym to, nawet gdybyś tego nie powiedziała. W końcu muszę się pozbyć tej zgrai.

– Skończ pieprzyć. Co ty w ogóle…

– Co ty robisz? – ktoś przerwał w pół zdania, kończąc za nią jej wypowiedź.

Zuchwała osoba arogancko wystąpiła z tłumu.

Tuż obok niego stanął automat żeńskiego typu, którego twarz nie wyglądała na ludzką, lecz raczej podobna była do kuli. Najlepiej byłoby powiedzieć, że przypominała wyglądem lalkę.

W dłoni trzymała żelazny trzonek, a jego końcówka skierowana była na żelazną kulę, z którą łączył go promień światła. Był to łańcuch magicznej energii, a cała broń swym wyglądem przypominała kiścień8.

Więc ta żelazna kula była głownią tej broni.

Charl nie rozluźniła się ani na chwilę i nadal czujnie obserwowała pole walki.

Pole bitwy powiększyło się wraz z odsunięciem obserwujących uczniów, którzy zrobili miejsce nowo przybyłym. Teraz w bardziej poszerzonej niby uliczce stało pięć automatów: rusałka, Jack Frost, harpia, golem i władająca kiścieniem.

Właściwie nie byli to wszyscy.

Z odmętów powstały bowiem trzy jednostki, które wcześniej zostały pokonane.

Zostały wskrzeszone. Gdy Charl szukała powodu tego zjawiska, dostrzegła w oddali odziany w biały płaszcz automat, który machał różdżką. Oznaczało to, że zna on magiczną sztukę wskrzeszania.

W ten sposób liczba przeciwników osiągnęła łącznie dziewięć. Magia wskrzeszania, ofensywna, ktoś do obrony i szybkich ataków, a także atakujący z dużego dystansu; ta jednostka przypominała oddział wojskowy.

Kontynuując swój bolesny pojedynek siły z golemem, Sigmund zamruczał beznamiętnie.

– Chyba JESTEŚ popularna, Charl. Ci lalkarze to wyłącznie mężczyźni.

– Czy to odpowiednia chwila na żarty?

Bezczelny młodzieniec i jego banda wyraźnie celowali w Sigmunda. Próbowała sobie przypomnieć, czy ktoś może mieć do niej jakiś żal… i ponieważ mogło tak być, Charl przygotowała się do ciężkiej walki.

W tym czasie arogancki młodzieniec kontynuował swoją rozmowę z niewychowanym chłopakiem.

– Odpowiedz mi, zagraniczny uczniu. Dlaczego nam przeszkadzasz?

– Tamto coś jest moją ofiarą. Nie będę tolerował kogoś, kto próbuje mi ją odebrać.

Czy on właśnie nazwał mnie tym czymś?! Jestem ofiarą? Cóż za bezczelność!

– W takim razie przekażemy ci przepustkę panny Belew. W zamian może rozważysz współpracę z nami? Posiadanie towarzyszy może się okazać korzystne podczas Mrocznej Uczty.

– Odmawiam.

Niewychowany chłopak szybko odrzucił jego propozycję. Nie pomyślał nawet nad przedstawionymi mu warunkami.

– Dlaczego? Przecież nic na tym nie stracisz.

– Nie podoba mi się pomysł polegania na dziesięciu osobach.

Wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny odzianej w kimono. W odpowiedzi na przesłaną przez niego energię wykopała ona golema w dal. Ogromne ciało wyglądało, jakby znacznie przekraczało trzy tony wagi, lecz poleciało jak gumowa piłka.

Poszybował aż na krużganek.

Odzyskawszy wolność, Sigmund rozprostował skrzydła, jakby próbował ocenić obecny stan swojego ciała.

– Zapędzę ich wszystkich w jedno miejsce. Nie są przyzwyczajeni do bycia stłoczeni raz…

Nie zdążył skończyć swojego zdania, gdyż huk eksplozji zagłuszył jego słowa, a on sam został pochłonięty przez ognisty podmuch z ognistej kuli, która trafiła niewychowanego chłopaka w plecy.

– Mam cię! Ha! Masz za swoje, nie trzeba było opuszczać gardy!

Radosny okrzyk padł z krużganka. Stał tam samotny uczeń obracający się z podniecenia w triumfalnym gigu. Obok niego stał automat, czarownica. Była to niejako grupa dywersyjna.

Ogień zniknął, a tam, gdzie powinny być szczątki zwęglonych nastolatków, stały dwie całkowicie zdrowe osoby.

Dziewczyna osłoniła swojego mistrza. Na szczególną uwagę zasługiwała niezwykła wytrzymałość jej ciała. Na skórze nie miała żadnych śladów oparzenia, jedynie jej kimono było lekko nadpalone.

Nie spoglądając nawet w kierunku grupy dywersyjnej, młodzieniec powiedział proste – Idź – a dziewczyna w kimonie wyskoczyła naprzód w mgnieniu oka, zbliżając się do czarownicy.

Stając tuż poniżej niej, kopnęła ją potężnie prosto w szczękę.

Czarownica uniosła się znacznie wyżej niż sięgał budynek szkolny, rozpadając się na części w połowie lotu.

To była potężna siła. Ale przecież udało jej się wysłać w powietrze również ogromnego golema.

– Co z tym kolesiem…

– Czy on naprawdę może być… tak silny?

– Jest na zaledwie tysiąc dwieście trzydziestym piątym miejscu, nie?!

Na krużganku aż zawrzało od rozmów, a owe zamieszanie wytrąciło z równowagi grupę bezczelnych osób.

– Ten automat to model najwyższej klasy! Pozbądźcie się lalkarza zamiast niego! – krzyknął pan władającej kiścieniem.

Wyglądało na to, że jest przywódcą grupy, bowiem pozostali posłuchali jego rozkazów i skoczyli w kierunku lalkarza z krwi i kości.

Opancerzony rycerz pchnął swoją włócznią, a golem zamachnął się żelazną pięścią.

– Och!

Niewychowany chłopak z łatwością odskoczył w bok, wykonując unik, i elegancko wylądował na ziemi.

– Czy celowanie w lalkarza nie jest przeciw zasadom Mrocznej Uczty?

Mimo że wypowiedział te słowa, były one bez znaczenia, bowiem bezczelna grupa nie zaprzestała swych ataków.

– Cóż, skoro nie zamierzają przestać, to muszę coś z tym zrobić. Dwadzieścia cztery wiązania światła i ognia9.

– Zrozumiałam!

Po otrzymaniu komendy ruchy dziewczyny zmieniły się. Z siłą wściekłego ognia brutalnie kopnęła golema, który trafił w opancerzonego rycerza jak pocisk, a następnie pomknęła pomiędzy przeciwników.

To, co działo się przed oczyma Charl, przerastało jej najśmielsze wyobrażenia.

Wbrew tradycyjnej mądrości Sztuki Maszyn i zdrowemu rozsądkowi walka przybrała nietypowy styl.

Niewychowany chłopak podążył tuż za dziewczyną. Podniósł i rzucił częścią zniszczonego wcześniej przez nią automatu, a Yaya odwróciła uwagę przeciwnika, sprawiając, że młodzieniec go trafił.

To wytrąciło wrogów z równowagi i spowodowało osłabienie ich obrony, dzięki czemu dziewczyna mogła zadać niszczycielski kop. Siła jej nóg z łatwością zniszczyła ciało automatu, rozrzucając wokół jego części.

Te ruchy były zwykłą współpracą formacyjną.

Zaprzeczało to zdrowemu rozsądkowi, lecz nie było go pozbawione. Jako taktyka walki wydawało się logiczne względem wydajności i bardzo racjonalne.

Charl mlasnęła językiem:

Trzeciorzędny lalkarz? Zdecydowanie kłamał!

Podczas gdy on sam się poruszał, ruchy jego lalki nie były w żadnym stopniu ograniczone.

By kontrolować automat tak dobrze, potrzeba było silnej energii magicznej.

Więc przynajmniej przeszedł znaczną ilość treningów.

A więc Azjaci potrafią również walczyć takim stylem?

Podczas gdy Charl przypatrywała się w zdumieniu trwającej walce, Sigmund szepnął jej do ucha.

– Charl.

– Rozumiem.

Dzięki niewychowanemu młodzieńcowi tańczącemu pomiędzy nimi uwaga bezczelnej grupy była skierowana na niego.

Charl zaczęła gromadzić magiczną energię, wprowadzając ją do magicznych obwodów Sigmunda.

Zbierało się coraz więcej mocy, ale ona nadal czekała. Gdy w końcu przeciwnicy ustawili się w jednej linii, krzyknęła – Działo rastrowe!

Oślepiający strumień światła gwałtownie wystrzelił z paszczy Sigmunda.

Przypominał on podmuch ognia, jakim zionęły smoki w legendach. Światło było tak jasne, że paliło w siatkówki. Wraz z gwałtownym podmuchem światła w atmosferze zostały zniszczone cząsteczki, które spowodowały silny efekt próżni.

Wiązka światła przeleciała dwadzieścia metrów, zanim szybko zniknęła, tracąc swoje działanie. Jednakże tyle wystarczyło. Automaty należące do bezczelnej grupy zostały nią trafione, niektóre w ramię, inne w nogę, a jeszcze inne w tułów.

Tak trafione części roztopiły się niczym cukierek, zalewając pozostałe fragmenty ciał i dając osobliwy, łagodny połysk.

Bitwa została przesądzona, a oni ją przegrali.

Niewychowany chłopak również zauważył, że zostali pokonani. Całe dziesięć jednostek zniszczonych. Bezczelna grupa mogła tylko pozbierać swoje automaty i uciec w panice.

Uczniowie wokół stali bez słowa w zdumieniu.

– Ależ przerażające. Plotki były prawdziwe. Naprawdę posiadasz absurdalnie silną moc – zażartował niewychowany chłopak, a na jego twarzy gościł dobrze znany uśmiech.

Cóż za irytujący człek. Gdyby i jego trafiło Działo Rastrowe.

– Nie popełnij tego błędu i nie myśl, że potrzebowałam pomocy.

– Tak, dokładnie, wcale nie wydawałaś się jej potrzebować.

– Nieważne, czy taki zboczeniec jak ty byłby tu, czy nie, wynik by się nie zmienił. Tyczy się to również twojej lalki.

Przez chwilę Charl w milczeniu wpatrywała się w parę. Wtedy właśnie jej nastrój nieznacznie się zmienił i przemówiła bardziej opanowanym tonem.

– W każdym razie powiedz mi, jak się nazywasz.

Niewychowany chłopak zaśmiał się, a następnie przedstawił.

– Jestem Raishin Akabane, lalkarz z Japonii.

– Yaya, podobnie.

– Nie ma w nas żadnego podobieństwa.

– W takim razie jestem Yaya, jego żona.

– Tak też nie! Nie przyjąłem cię do rodziny ani nic z tych rzeczy, rozumiesz?!

Charl zaśmiała się pogardliwie ze zdenerwowanego chłopaka, któremu na imię było Raishin.

– Raj? Szin? Cóż za dziwaczne imię.

– To wcale nie tak! Poza tym musisz wiedzieć, że w moim kraju zapisuje się to znakami grzmot i prawda!

– To bez znaczenia. Skończmy z tym, skoro zamierzam cię zmiażdżyć w ułamku sekundy.

Wyciągnęła dłoń w kierunku Sigmunda, podtrzymując więź magicznej energii pomiędzy nimi.

Raishin ani drgnął, jedynie patrzył w ich kierunku. Jego wzrok nie był skierowany na nią, lecz na Sigmunda.

A po chwili.

– Przestańmy.

Odwrócił się gwałtownie, a uczniowie zaczęli szeptać pomiędzy sobą, równie zdziwieni jak Charl.

– Straciłem ochotę. Wznowimy pojedynek kiedy indziej.

Był to samolubny powód. Oburzona Charl zatrzęsła się z szału.

– Pogrywasz sobie? Wyzwałeś mnie, a teraz po prostu uciekasz…

Coś błysnęło w jego lewej dłoni, nie pozwalając jej skończyć. Wyjął coś kulistego z uprzęży na pasie i rzucił na ziemię.
Nastąpiła niewielka eksplozja, a następnie wydobyło się mnóstwo dymu.

Biały dym całkowicie ogarnął teren. Wyglądało na to, że była to bomba dymna, produkt pochodzący z Japonii, ziemi ninja.

Ruchem swych skrzydeł Sigmund rozgonił dym, jednak w tym czasie para zdążyła się oddalić na dobrą odległość, przeskakując nad tłumem i odbiegając od nich.

Można było stwierdzić tylko tyle, że pozwoliła im na udaną ucieczkę.

– Co za mięczak.

– Zastanawiam się, czy naprawdę o to chodziło.

Emitując oślepiający błysk, Sigmund wrócił do swej zmniejszonej formy.

– Co masz na myśli?

Smok ściszył swój głos tak bardzo, że otaczający ich ludzie nie mogli go usłyszeć, i odpowiedział.

– Myślę, że mógł zauważyć moją ranę.

Ruszył skrzydłem, by jej pokazać.

– Boli?

– Potrzebuję dwóch lub trzech dni odpoczynku.

Rana oznaczała, że nie mógł latać z pełną swobodą. A jeśli wziąć pod uwagę jego większą formę, mogła być jeszcze większym problemem.

Charl wcale jej nie zauważyła, a młodzieniec tak?

W takim razie wycofał się, bo zauważył, że Charl jest w gorszym położeniu?

– A więc naprawdę jest mięczakiem. Tylko naiwny kurczak nie przypuściłby ataku na słaby punkt przeciwnika.

– Mroczna Uczta to bezlitosna walka o przetrwanie. Miejsce, w którym osoba eliminująca wszelkie przeszkody na swojej drodze zdobędzie wszystko. Taki zboczony, tchórzliwy idiota jak on zostanie zniszczony w pierwszej kolejności.

– Muszę powiedzieć, że jesteś nim niezwykle zainteresowana.

– Niby dlaczego tak sądzisz?

– Gdybyś nie była, pytałabyś o to, jak się nazywa?

– Cóż, to…

Urwała w połowie zdania. Teraz, gdy o tym wspomniał, wydawało się to naprawdę dziwne i ciężkie do wyjaśnienia.

W końcu Charl opryskliwie dokończyła swoją wypowiedź.

– Och, bądź cicho albo zmniejszę twoją porcję obiadową z kurczaka do kolby kukurydzy.

Prostując ramiona, ruszyła w stronę stołówki, a otaczający ją uczniowie zrobili jej przejście.

W ten oto sposób, z mnóstwem pytań bez odpowiedzi i w dosyć złym samopoczuciu, jej urozmaicona przerwa obiadowa dobiegała końca.

***
Tej nocy, wewnątrz jednego z pokoi w akademiku żółwia, Raishin przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.

– Wygląda na to, że nie jestem do tego przyzwyczajony.

Widoki z przerwy obiadowej wyryły mu się w pamięci. Porozrzucane wszędzie części i porozwalane automaty. Uczucie, które miał, gdy je niszczył, i słaba wymówka, by je stłumić.

Raishin wstrząsnął głową, przeganiając ogarniające go mdłości.

– Mówiłeś coś?

Yaya odwróciła się do niego z uśmiechem, przerywając wywieszanie prania.

– Nie. Po prostu myślę, że ten pokój to ruina i gdyby kopnąć w ścianę, wszystko mogłoby się zawalić.

Wskazał na brudny, popękany sufit.

Wdychanie spleśniałego powietrza i patrzenie na ściany pokryte sadzą doprowadzało go do depresji. Mimo że Yaya wyprała pościel, ciężko mu było spokojnie zasnąć z powodu okropnie skrzypiącego łóżka.

Myślał, że przyzwyczai się do tego w ciągu trzech dni, jednak tak się nie stało.

W zasadzie to zauważył, że im dłużej tam mieszka, tym bardziej jego niezadowolenie rośnie.

– Cóż, myślę, że jest tu dosyć przestronnie. No i zawsze to lepsze niż mieć dla siebie jedynie łóżko – mrucząc do siebie, Raishin przewrócił się na bok w swoim łóżku.

Pokój miał wymiary 12 jou10 i był wyposażony w biurko oraz szafę. Pierwotnie przeznaczono go dla dwóch osób i drugie z łóżek stało na jego przeciwległym końcu.

– Zgadza się, Raishin. Kara boska dosięga tych, którzy jedynie narzekają.

Yaya uśmiechnęła się radośnie.

Mimo że bywali już sami, Yaya ostatnim czasy była znacznie szczęśliwsza.

– Cieszysz się, że nie mamy współlokatora, prawda?

– Oczywiście.

Niezależnie czy nazwać to uporem, czy wytrwałością, Yaya była skłonna do dziwnych szaleństw. Nawet gdyby mieli współlokatora, kto wie, co za przebiegły podstęp mogłaby zaplanować, by się go pozbyć?

– Tak przy okazji, co robimy jutro? Znowu zamierzasz kogoś wyzwać?

– Pomyślę o tym, gdy wstanę. Teraz jest czas na sen.

– Rozumiem. Dobranoc, Raishin.

– Tak… Chwila, chwila!

Wypchnął rzecz wślizgującą mu się do łóżka.

– Twoje posłanie jest tam!

– Ale Yaya została ranna w dzisiejszej walce. I chyba nawet też trochę przypalona.

– No i co to ma do rzeczy?!

– Nie wiedziałeś? My, automaty, funkcjonujemy dzięki magicznej energii lalkarza. Gdy jesteśmy uszkodzone, to im bliżej niego jesteśmy, tym szybciej odzyskujemy sprawność.

– Teraz jak o tym myślę, to chyba miało to miejsce…

Niezadowolenie Raishina było wyraźnie widoczne na jego twarzy.

Yaya usiadła na krańcu jego łóżka i wpatrywała się w niego szczenięcym wzrokiem.

Patrząc na nią, nie było widać żadnych zewnętrznych obrażeń. Niemniej jednak nie miał pojęcia o jej systemie wewnętrznym. Ponieważ sama stwierdziła, że jest ranna, zastanawiał się, czy aby jest to prawdą.

Jeśli była, to odpowiadał za to Raishin, bowiem tę walkę spowodowało jego własne ego.

– Chyba nic na to nie poradzę. Skoro tak się mają sprawy, to możemy spać razem.

– Dobrze.

– Jednakże nie możesz zrobić niczego dziwnego.

– Nie zrobię. Nie zrobię tego.

– Chyba źle się wyraziłem. Masz mnie nie dotykać.

– Mlask.

– Mlasnęłaś właśnie językiem? Czemu to zrobiłaś?!

– Jeśli automat wejdzie w bezpośredni kontakt z lalkarzem, odzyska sprawność jeszcze szybciej.

– To kłamstwo! Wychodź! Jednak będę spał sam!

Yaya, która czekała na swoją szansę, i Raishin, który bronił się, stawiając na szali swe życie. Aż w końcu niepewna równowaga została osiągnięta, choć między nimi wciąż iskrzyła niezgoda.

Tak oto Raishin przez całą noc nie zmrużył oka.

***
Jasne światło księżyca oświetlało nocą tereny szkoły.

Była pierwsza rano. Wszyscy porządni, przyzwoici uczniowie już dawno spali.

Było tak cicho, że można było pomyśleć, iż wszystko już wymarło, jednak nagle ukryty cień zaczął się poruszać.

Na obrzeżach ogrodu, w drzewnym gaju, ukryte przed wszelkimi spojrzeniami świeciły się w ciemności oczy.

Sylwetka była okryta cieniem i dosyć niewyraźna. Pochylona na czworakach pożerała coś niechlujnie.

Rzecz, którą pożerał cień, miała ręce, nogi i głowę.

Jej oczy były otwarte. Gałka oczna wyskoczyła, jakby opowiadając o ostatnich strasznych chwilach właściciela, jakie przeszedł w czasie przedśmiertnej agonii. Duża, żelazna kula była wbudowana w jej zmiażdżone nogi, a substancja podobna do krwi tryskała wkoło. Pożarte ciało leżało twarzą do ziemi, co sprawiało, że wyglądało jak zwłoki.

Jednakże nie było to ludzkie ciało.

Pod rozciętą skórą można było dojrzeć mnóstwo przewodów i metalowych cylindrów.

Był to automat. Cień pożerał automat.

Rozdzierając ciało, wyrywał obwody wewnętrzne. Wyglądał jak demon, pożerając je w milczeniu z wielkim zapałem i siorbiąc nadmiar oleju.

Cień kontynuował swój posiłek na długo po wzejściu księżyca, kończąc dopiero wtedy, gdy niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać.

Przypisy
1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ciecierzyca_pospolita
2. http://pl.wikipedia.org/wiki/Bukietnica_Arnolda
3. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ukiyo-e
4. http://pl.wikipedia.org/wiki/Momotar%C5%8D
5. http://www.konnichiwa.pl/momotaro-brzoskwiniowy-chlopiec,3,323.html
6. http://pl.wikipedia.org/wiki/Izanami_i_Izanagi
7. http://pl.wikipedia.org/wiki/Jack_Frost_(posta%C4%87_folklorystyczna)
8. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ki%C5%9Bcie%C5%84
9. Kouen Juuniketsu
10. http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C5%8D_(jednostka_miary)