Rozdział 4: Początek zmierzchu

Na polu bitwy rozchodziło się echo uderzeń kul armatnich, wystrzelonych przez działa pierwszej dywizji artylerii Wielkiej Brytanni. Siódma armia nie zwolniła tempa swojego marszu, zbliżając się na odległość 1000 yd (914 m) od pozycji przeciwnika, która jednak nadal nie pozwalała na wykorzystanie karabinów. Brytańczycy mogli, co prawda, strzelać pod kątem, dzięki czemu pociski dosięgnęłyby wroga, jednak miałyby za małą siłę, żeby przebić się przez zbroję i zadać śmiertelny cios. Ich obecna broń, karabiny jednostrzałowe, w porównaniu do starych muszkietów miała większy zasięg, jednak wciąż wynosił on jedynie 200 ys (182 m). Nikt nie wiedział też, ile salw zdążą wystrzelić, zanim przeciwnik do nich dotrze. Siódma armia zmieniła się w dziką bestię, emanującą niewyobrażalnie silną żądzą krwi, chcąc pomścić swoich towarzyszy zabitych przez działa. Dodatkowo mimo ciągłego ostrzału armatniego, który zredukował ich liczebność o tysiące, wciąż mieli nad wrogiem przewagę liczebną.
Działa typu 41 Elswick nie były wszechmocne. Zbliżenie się przeciwnika na dystans 500 yd (457 m) wykluczyłoby ich użycie, ponieważ pociski mogłyby dosięgnąć własnych żołnierzy. Podobna sytuacja miałaby miejsce przy nawet najmniejszej zmianie wysokości. Poza tym ogromna masa dział sprawiała, że ich przesunięcie zabierało sporo czasu.
Brytańczycy mogli już widzieć przeciwników na własne oczy. Z bliska wyglądali jak demony. Musieli jednak przezwyciężyć strach i ich zabić.
Rozległ się dźwięk trąbek.
Kapitanowie wydawali rozkazy swoim plutonom.

– Przygotować broń, cel…!

Strzelcy na pierwszej linii otworzyli ładowniki w swoich karabinach, włożyli do nich metalowe pociski, zabezpieczyli je, a następnie zaczęli celować. Procedura w porównaniu do starych muszkietów była prosta i zajmowała mało czasu.
W przeciwieństwie do wersji treningowych prawdziwa broń była ciężka, a w dodatku żołnierzom trzęsły się ręce, co utrudniało celowanie.
Im więcej zabiją, tym mniejsze będzie późniejsze poczucie winy. Dla większości z nich obcokrajowcy nie różnili się niczym od dzikich zwierząt, tak więc czuli jedynie strach przed śmiercią oraz mieli świadomość, że jeżeli nie uśmiercą wroga, on zrobi to z ich towarzyszami.
Cesarska armia kontynuowała swój marsz.
Wszyscy celujący żołnierze skupili się na nasłuchiwaniu, kiedy nadejdzie rozkaz wystrzału. Trwali w gotowości, nie mogąc ruszyć się o włos, o wytarciu potu z czoła nawet nie wspominając.
Daleko za nimi znajdowała się kwatera armii Wielkiej Brytanni, a w niej wysoki mężczyzna o szarych włosach i niebieskich oczach, odziany w biały mundur. Miał zabandażowany prawy nadgarstek, który skrywał w rękawie ubrania.
Był to Oswald Coulthard, oficjalnie zwykły oficer, jednak w rzeczywistości głównodowodzący armii.
Po wysłuchaniu raportu powiedział, kiwając głową:

– Wszystko idzie według planu. Teraz zgodnie z wcześniejszymi założeniami otworzymy ogień, jak tylko zbliżą się na 200 yd (182 m). Jeżeli cesarska armia zacznie szarżować, nie panikujcie i spokojnie prowadźcie ostrzał.

Oswald nawet w stosunku do swoich podkomendnych zachowywał uprzejmy ton.

– Przyjąłem!

Posłaniec zasalutował, przykładając krawędź dłoni do czoła, a następnie wrócił na linię frontu.
W namiocie przebywali też inni generałowie i oficerowie, ale byli bezużyteczni. Mogli jedynie patrzeć nerwowo na maszerującego wroga, ale przynajmniej spełniali swoją rolę marionetek w rękach Oswalda.
Bitwa przebiegała dla nich bardzo pomyślnie, a czas jej rozstrzygnięcia był już coraz bliżej.
W tym momencie ktoś go zawołał.

– Hej, Oswaldzie, nie będziesz strzelać? – spytał głos leniwie.

Za nim stała mała, dwuosobowa dorożka, którą mogła co prawda pociągnąć jedna osoba, jednak zaprzęgnięto do niej konia. Żeby nie przyciągać uwagi, pomalowano ją na czarno, jednak srebrne zdobienia i jedwabny daszek wyraźnie wskazywały, że podróżuje nią ktoś ważny.
Wewnątrz siedziała piękna dziewczyna. Jedno kolano uniosła w górę, przez co jej różowa suknia się podwinęła, odsłaniając zgrabne udo. Dodatkowo strój odsłaniał także ramiona i dekolt, jednak były akurat zasłonięte przez narzucony biały płaszcz oraz długie, czarne włosy dziewczyny.
Zmrużyła lekko swoje bursztynowe oczy, co nadawało jej wygląd psotnego kota.
Była to nowa królowa Wielkiej Brytanni, Margaret Steelart.

HnKA05 – NCP04
image-1597

– Czuję, że już pora zacząć strzelać, Oswaldzie. Nowa broń powinna ich trafić. Mam już dość wystrzałów armat.

Przeciwnicy znajdowali się, co prawda, w zasięgu ostrzału, to jednak nie oznaczało, że kule ich dosięgną i zabiją. Do takiego precyzyjnego ataku odległość wciąż była za duża.
Poza tym nowa brytańska broń miała dwie wady. Pierwszą z nich stanowiła metalowa amunicja, którą trudniej wytworzyć, więc dysponowali niewielkim jej zapasem. Drugą były lufy. Wydrążony, spiralny wzór miał sprawić, że pocisk zacznie obracać się w powietrzu, co zwiększało celność, jednak obniżało także trwałość broni, przez co charakteryzowała się większą zawodnością niż starsze modele.
Naboje były bardzo cenne, zarówno te do karabinów, jak i pociski do armat. Każdy chybiony strzał obniżał szanse na pokonanie wroga. Mając to na uwadze i chcąc zadać jak największe obrażenia, wybrano strategię polegającą na pozwoleniu przeciwnikowi podejść jak najbliżej.
Bo zmęczył ją huk armat? Co to ma być za powód?
Oswald zniżył głowę w ukłonie.

– Otworzyć ogień, tak? To bardzo mądra decyzja. Rozkazy królowej Margaret są jak dar z nieba. Dla kogoś tak głupiego jak ja twe słowa jawią się niczym światło z nieba, oświetlające ścieżkę przez ciemność. Gdybym miał to porównać, jesteś jak blask latarni morskiej w bezksiężycową noc.

– Starczy tego, Oswaldzie. Otwórz ogień.

– Jak sobie życzysz.

Wykonawszy głęboki ukłon, Oswald przywołał posłańca czekającego na niego z boku. Po zasalutowaniu sobie nawzajem dowódca powiedział:

– Przekaż rozkaz rozpoczęcia ostrzału belgarskiej Siódmej Cesarskiej Armii. Kiedy zużyją całą amunicję, mają podzielić się na dwie części. Jedna odejdzie na prawo, druga na lewo, a następnie obydwie przejdą na tył formacji. Następnie druga linia ma wejść na przód i ich zastąpić. To wszystko.

Zwykle ostrzał do wyczerpania nabojów był niemożliwy, ponieważ wcześniej zawsze dochodziło już do walki wręcz. Żołnierze jednak trenowali taki manewr, który tym razem dzięki strzelaniu z dwukrotnie większej odległości mógł okazać się przydatny. Rozkaz mimo wszystko zszokował młodego posłańca. Powtórzył on słowa Oswalda, a następnie dodał: – Niezwłocznie przekażę rozkazy!
Generałowie w kwaterze także zdawali się poruszeni tą taktyką i zaczęli między sobą szeptać, żaden jednak nie sprzeciwił się decyzji Oswalda. Zresztą marionetki i tak nie miały prawa głosu. W całej grupie jedynie młody posłaniec odważył się zapytać:

– My… Naprawdę wydamy rozkaz ostrzału? Nie są wciąż zbyt daleko?

– Ach, posłaniec wątpi we mnie, wypełniającego jedynie wolę nieomylnej królowej Margaret? Jak się nazywasz i z której jednostki jesteś?

– Agh! Starszy kapral William Mallory. Queens Thames.

Queens Thames było jedną z dzielnic Queens Tower, tak więc ten osiemnastoletni żołnierz powinien być naprawdę oddany krajowi.
Oswald spojrzał na Margaret, żeby się upewnić, a ta uśmiechnęła się radośnie w odpowiedzi.
Rozkaz rozpoczęcia ostrzału był dla niej tylko środkiem na zabicie czasu. Nawet zwykły posłaniec wątpiący w jej polecenie stanowił dla niej rozrywkę. W końcu szybko się nudziła i lubiła wprawiać otaczające ją osoby w zakłopotanie.
Oswald wskazał wrogą armię.

– Nie masz się czego obawiać. Ten rozkaz to słuszna decyzja, która przyniesie nam zwycięstwo. Idź wypełnić swoją rolę.

– Tak jest!

Młody posłaniec szybko pobiegł przekazać dalej rozkaz.
Po krótkiej chwili rozległy się wystrzały, chociaż przeciwnik był oddalony o 500 yd (457 m), a nie 200 yd (182 m), jak wcześniej planowano.
Pora przygotować się do kolejnego kroku.
Oswald wsiadł do dorożki. Ze względu na miecz u lewego boku zajął miejsce po lewej stronie Margaret. Królowa radośnie podsunęła się do niego, obejmując prawą rękę i przystawiając ją do piersi. Ponieważ był to dwuosobowy wóz, Oswald musiał nim kierować, a w obecnej sytuacji mógł trzymać lejce jedynie w lewej dłoni.

– Proszę mi wybaczyć, może trochę trząść.

– Fufu. Pewnie myślisz sobie, że jestem kłopotliwa, co, Oswaldzie?

– He? Jak mógłbym uznać moją wspaniałą królową za kłopotliwą? Zastanawia mnie, jak wasza wysokość mogła w ogóle pomyśleć, że mam tak obraźliwe wobec niej myśli.

– Bo wciąż wtrącam się w twoje plany. Powinieneś się na mnie złościć. Zupełnie jak na kota sprawiającego szkody w domu, kiedy zostawi się go samego.

Chociaż doskonale rozumie, co takiego robi, wcale jej to nie przeszkadza. Ona naprawdę nie jest normalna. Przegrana w tej bitwie oznacza śmierć dla nas wszystkich.
Oswald pokręcił głową.

– Istnieję jedynie po to, by wypełniać wolę waszej wysokości. Gdybym miał zrobić porównanie: czy twe palce sprzeciwiłyby się twojej woli? Niemożliwe.

– Hmm. Mówisz, że jesteś moimi palcami?

– Tak.

– Ehehe. Mimo to, Oswaldzie, nigdy mnie nawet nie dotknąłeś. Czy to nie dziwne? Jesteś przecież częścią mojego ciała. Czy to nie powód do zmartwień?

Uniosła głowę, spoglądając na niego. Była tak blisko, że Oswald czuł na twarzy jej oddech oraz ciepło ciała – on co prawda miał na sobie mundur, ale ona jedynie cienką, przewiewną suknię.
Margaret zgięła kolano, odsłaniając tym samym nogę, a następnie wyszeptała mu do ucha:

– Hej, najwyraźniej umarło wiele osób.

– Najprawdopodobniej.

– Zrobiło mi się gorąco.

– Ach, rozumiem. Masz rację. Jednak nie ma jeszcze nawet połowy maja, więc nie powinnaś nosić tak przewiewnego ubrania. To może zaszkodzić twojemu zdrowiu. Dla dobra pokoju i dobrobytu państwa musisz lepiej o siebie dbać.

Oswald wziął jedwabny, biały koc z dwoma czerwonymi paskami, czyli praktycznie flagę Wielkiej Brytanni, leżący przy siedzeniu pasażera, a następnie zakrył kolano królowej.
Niezadowolona Margaret wydęła policzki.

– Puuu…

– Ach, jak dobrze pasuje. No więc? Pojedziemy przywitać armię Belgarii?

– Hmph. Jest tam w ogóle coś interesującego do oglądania?

Oswald uśmiechnął się.
Aha, więc jednak ją to trochę podekscytowało. Nieco zaskakujące.

– Proszę obserwować, jak zmienia się pole bitwy. Włócznie i miecze odchodzą w zapomnienie, a zaczyna się nowa era w prowadzeniu wojny. Dziś stare metody walki zostaną zniszczone… wraz z armią Belgarii.

– Ej, Oswaldzie.

– Proszę, mów, ma pani.

– Fufufu. W mojej obecności nigdy nie wydałeś żadnego ważnego rozkazu.

– Naprawdę? To niewybaczalne! Zajmowanie się nic nieznaczącymi detalami zostawiam porucznik Glendzie Graham. To wszystko.

– No dobrze.

Margaret wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła ust Oswalda.

================================================

Żądza krwi siódmej armii osiągnęła już apogeum.
Doradca wojenny Vicente, odziany w srebrną zbroję i z czarnym mieczem u pasa, jechał konno na czele piechoty. Na czarnym rumaku towarzyszył mu generał Barguesonne, tak spokojny i dumny, że trudno było uwierzyć w jego poczciwy wiek.
Generał co prawda należał do szlachty, jednak nienawidził marnotrawstwa. Każdą nienadającą się już do użycia rzecz wysyłał do naprawy. Jeżeli ta była niemożliwa, zawsze znajdował jakiś sposób na inne wykorzystanie tego przedmiotu. To tyczyło się także jego Armure de Plaque (zbroi płytowej), mającej już trzydzieści pięć lat, która stała się pewnego rodzaju reliktem. Rycerze zawsze reperowali swoje zbroje, przekazywane często przez pokolenia, ze względu na ich wysoką cenę. Jednak generał Barguesonne posiadał tytuł diuka i bez problemu mógłby sobie pozwolić na nową.
Przed dziesięciu laty cesarz Liam XV w czasach swojej świetności przeprowadził inspekcję wojska podczas parady. Armia miała przemaszerować dookoła miasta, w którym stacjonowała. Wtedy podziwiał ich nie tylko sam cesarz, lecz także zwykli obywatele, spodziewający się odświętnych kostiumów, tym bardziej po generale. Dlatego właśnie kupcy doradzali im nowe zbroje.

– Czy piękny strój może obronić naród? – odpowiadał Barguesonne.

Jeżeli dowódca nosił zwykłą, starą zbroję, jego podwładni brali z niego przykład, dlatego przed paradą jedynie wypolerowali swoje wyposażenie.
Oglądający ich przemarsz szlachcice szydzili, że piękno jest także częścią prestiżu, jednak kapitan straży cesarza, zapytany o opinię, odparł:

– Widziałem w życiu wiele parad, jednak pierwszy raz widzę na nich zaprawionych w boju żołnierzy.

Słysząc tę odpowiedź, ludzie zaczęli spekulować, że odparł tak ze względu na procedury albo że była to sarkastyczna docinka.
Jednak w żaden sposób nie wpłynęło to na przekonania generała. Był prostą osobą, przywiązaną do tradycji. Uważał, że należy jej przestrzegać i że jeżeli to się nie zmieni, cesarstwo będzie trwać wiecznie.
Dlatego też mianował młodego Vicente swoim doradcą wojennym, który niejako „odziedziczył” tę rolę po swoim ojcu, służącemu generałowi przez wiele lat. Stoczyli razem wiele bitew, co prawda przeciwko małym państwom na wschodzie, jednak nie przegrali ani jednego starcia. Sam Vicente chciał iść w ślady niepokonanego ojca, a w bitwie przeciwko Wielkiej Brytanni miał pokazać, czego nauczył się przez ostatnie trzy lata, oraz rozsławić swoje imię w cesarstwie. Był pewny swego, podobnie jak prowadzeni przez niego żołnierze.
Podjechali do nich zwiadowcy.

– Raport! Pierwsza linia doszła na 7 ar (500 m)!

– Hmm – mruknął Barguesonne, kiwając głową.

Vicente postąpił podobnie, wierząc, że wszystko przebiega według jego planu.

– Nieważne, jak nowoczesne mają działa, ostatecznie stracą część z nich.

– Bez wątpienia.

W tym momencie do ich uszu dobiegł huk wystrzału, jednak słabszy niż armat.
Muszkiety?!
Serce Vicente prawie stanęło. Spojrzał przerażony w stronę brytańskich oddziałów, gdzie z pierwszej linii wroga unosił się biały dym.

– Niemożliwe! Jesteśmy już w ich zasięgu?!

– Nie słyszałem wcześniej, żeby ich nowa broń miała taki zasięg. – Barguesonne zmrużył oczy.

Nie spodziewali się tego.
Najwyraźniej uzbrojenie przeciwnika miało kilkukrotnie większy zasięg, niż wcześniej zakładali. Dotąd oczekiwali, że w bezpośrednim starciu poniosą najwyżej pięciotysięczne straty. Teraz okazało się, że mogły wynieść dwa razy tyle, jednak na odwrót było już za późno.
Vicente poczuł się winny tej sytuacji. Zlekceważył przeciwnika, tworząc plan bazujący na przypuszczeniach. Z nerwów zrobiło mu się niedobrze, nie mógł złapać oddechu i zalał się potem.

– Jakie straty?

– Niech ktoś pojedzie sprawdzić! – krzyknął generał.

Jeden z rycerzy zgłosił się na ochotnika, szybko wsiadł na konia i ruszył na linię walk.
Huk wystrzałów nie ustawał.
Jakie straty ponieśliśmy?
Rycerz wrócił po krótkiej chwili, zgłaszając ze spokojem:

– Niewielkie straty! Nie ma się czym martwić!

W kwaterze, gdzie siedzieli starsi oficerowie, atmosfera trochę się rozluźniła. Jednak nowe wieści najbardziej uspokoiły Vicente, który zaczął się radować i przeklinać w tym samym czasie.
Chcą nas wystraszyć?! Idioci! Idioci!

– Hehe. Widać nie mogli znieść presji i źle ocenili odległość. A może chcieli pokazać nam, że nie znają nawet podstaw walki.

– Jak na razie to niewiarygodnie rozczarowujące.

Barguesonne najwyraźniej był niezadowolony z błędu przeciwnika i wyglądał na zawiedzionego.

– Och, generał nie może się już doczekać bezpośredniego starcia, w którym obie strony użyją swojej prawdziwej siły?

– Wygrana z armią rekrutów nie jest powodem do dumy.

– To Wielka Brytannia zebrała takich żołnierzy, więc nic na to nie poradzimy. Ciała ich towarzyszy byłyby dowodem, że obronili naród.

– Mimo to liczyłem, że popiszą się chociaż podstawowym wyszkoleniem.

Oficerowie w kwaterze wybuchnęli śmiechem. Nie śmiali się z przeciwnika, który pokazał swoją niekompetencję, ale z generała chcącego walczyć z silnym przeciwnikiem. Wciąż czuli się niepewnie, ale myśleli już tylko o zwycięstwie.
Vicente chwycił się za pierś.

– Widać wciąż wszystko przebiega według planu.

– Hmm, nie musimy odpowiadać na błędy przeciwnika. Nie chcę żadnych głupców w mojej armii, którzy w panice rzucą się do natarcia.

– Przyjąłem.

Słysząc słowa generała, Vicente przywołał posłańca.

– Przekazać rozkazy! Utrzymać prędkość, podejmowanie samowolnych decyzji jest całkowicie zakazane!

– Tak jest!

Posłaniec zasalutował, po czym ruszył na front.
Huk wystrzałów nie ustawał.
Chociaż Belgarianie podchodzili coraz bliżej i wiadomo było, że poniosą straty, przeciwnicy nie mogli strzelać zbyt szybko, ponieważ przegrzewały im się lufy, co prowadziło do ich wyginania i obniżenia celności.
Zwycięstwo już bliskie?
Barguesonne ściskał mocno lejce konia.
Niedługo armie miały zbliżyć się na jedynie 4 Ar (286 m).
Z początkowych dziewiętnastu tysięcy żołnierzy siódmej armii zostało piętnaście, podczas gdy siły Wielkiej Brytanni pozostawały w liczbie dziesięciu tysięcy. Mimo to cesarstwo wierzyło w swoją wygraną.
Barguesonne uniósł rękę.

– Naprzód!

Trąbki obwieściły rozkaz ataku. Były tak głośne, że przebiły się przez huk armat.
Armia ruszająca biegiem do walki wprawiała ziemię w wibracje. Nawet Barguesonne czuł wstrząsy wywołane przez tysiące ciężkozbrojnych biegnących jednocześnie do celu.

– Naprzód! Naprzód! – krzyczeli dowodzący jednostkami.

Jak dzikie bestie, żołnierze biegli przed siebie z pikami wycelowanymi w przeciwnika. Z drobnym opóźnieniem podążyła za nimi druga linia, a następnie trzecia, aż w końcu do biegu ruszyła straż przy kwaterze dowodzenia, której towarzyszyli Barguesonne i Vicente.
Śmiertelność pierwszych linii była wysoka, dlatego wyznaczano do niej farmerów niemogących spłacić podatków oraz kryminalistów.
Trzydziestoletni Ducasse należał do tej pierwszej grupy. Miał sporego pecha – akurat w roku, w którym nie mógł zapłacić całości podatku, doszło do wojny. Cesarstwo posiadało co prawda silną armię, jednak głównie dzięki liczebności obywateli, co przekładało się ostatecznie na liczbę potencjalnych żołnierzy. Zaraz po rozpoczęciu bitwy mężczyzna idący obok niego padł na ziemię. Ten żołnierz podczas ćwiczeń wywarł na nim dobre wrażenie, pochodzili w dodatku z tego samego miasta. Teraz padł martwy od kuli, którą otrzymał w gardło. Nawet głos dowódcy jego jednostki, który dzielił się z nim owocami przed walką, umilkł.
Wszyscy dookoła umierali.
Przed oczami stanęła mu ciężarna żona oraz czteroletnie dziecko, którym obiecał bezpieczny powrót.
Chcąc pohamować strach, zaczął krzyczeć.

– Aaaaaaa!

Jego metalowa pika oraz zbroja łańcuchowa były ciężkie, jednak gdyby zatrzymał się choćby na moment, czekałaby go pewna śmierć. Jednocześnie z każdym kolejnym krokiem zwiększała się szansa, że zostanie śmiertelnie postrzelony, podobnie jeżeli szedłby za wolno.
Musiał zabić stojących przed nim ludzi, inaczej oni zabiją jego.
Wstrzymał oddech.
Kiedy nadszedł w końcu wyczekiwany rozkaz ataku, zaczął się zastanawiać, czy nie pojawił się za wcześnie, ponieważ armie wciąż dzieliła spora odległość, jednak inni żołnierze rzucili się już do biegu.
Jestem za wolny? – zaczął panikować.
Zbyt powolni piechurzy przeszkadzali reszcie i istniało ryzyko, że zostaną nadziani na piki biegnących szybciej niż oni towarzyszy.
Nie chcę umierać!
Zaczęły trząść mu się nogi, jednak gdyby upadł, zostałby stratowany, co stanowiło niehonorową i godną pożałowania śmierć. Martwił się też, że żołnierze za nim źle zrozumieją jego tempo, specjalnie dźgając go piką w plecy.
To nie tak, nadal mogę biec – pomyślał.
W obecnym tempie mógłby równie dobrze paść na ziemię i czekać na rozdeptanie.
Wciąż mogę biec szybciej.
Widział już sylwetki wrogich żołnierzy, krzyczących podczas wystrzałów.
Pociski? Nie trafili? Gdzie ci idioci celują?!
Gdyby sytuacja przebiegała tak jak na ćwiczeniach, wróg uniósłby broń pionowo, wsypał do środka proch, potem wrzucił kulę, upchał wszystko specjalnym wyciorem, a następnie usypał prochem ścieżkę do krzesiwa na broni.
Jednak muszkiety Wielkiej Brytanni nie działały w ten sposób. Strzelcy, nie przejmując się gorącą lufą, otwierali broń, wsadzali do niej pociski skrywane w kieszeniach, a następnie wracali do celowania.
To ma być jakiś żart?! Tak to uprościli?! Tchórze! Tchórze!
Padły kolejne wystrzały.
Ducasse poczuł palący ból lewego ucha.
Dostałem? Postrzelili mnie?!
Na jego szyję spłynęła krew. Zwolnił na chwilę, ponieważ w lewym uchu zaczął słyszeć szum przypominający wodospad.
Co się dzieje?

– Nie zatrzymuj się!

Usłyszał czyjś krzyk, więc ponownie przyspieszył. Gdyby stanął w miejscu, zostałby stratowany przez towarzyszy.
Chcę wrócić do domu!
Ktoś ponaglił go ponownie.
Mają rację. Musi się spieszyć, musi zwrócić im ból, który mu zadali, i zabić tych, którzy pozbawili życia jego przyjaciół.
Z tej odległości rozróżniał już kolor oczu najbliższych przeciwników.
Dopiero teraz zauważył, że towarzysze biegnący przed nim zniknęli.
Gdzie oni są? Nie, to nie czas na takie myśli.
Wróg stał tuż przed nim.
Jeden z żołnierzy Wielkiej Brytanni miał blond włosy i niebieskie oczy.
On… jest wrogiem, który musi zginąć!
Padła kolejna salwa wystrzałów.
Ręce Ducasse’a się trzęsły, jednak wyprowadził pchnięcie.
Z otwartego jeszcze zamka broni przeciwnika wypadł pocisk, a wraz z nim na ziemię padł właściciel broni. Młody blondyn wydał z siebie przeraźliwy krzyk.

– Aaaaa, giiiiń!

Pika wbiła się w ciało przeciwnika łatwiej niż w drewniane cele ćwiczebne, jednak potem stawiła opór.
Nadziała się na kość?
Trafił w obszar pod żebrami, jednak powyżej żołądka.

– Ach…

Kiedy Ducasse wyciągał broń, młody chłopak osunął się na ziemię z szeroko otwartymi oczami, wypluwając jednocześnie krew. Pika była bardzo ważna, bez niej Belgarianin nie mógł walczyć z innymi przeciwnikami.
Z ciała blondyna zaczęła tryskać krew.

– Mamo… – wyrzucił z siebie ostatnim tchem, wypluwając przy tym krew, a potem przestał się ruszać.

Ducasse’a potwornie bolało lewe ucho i słyszał w nim jedynie szumy.
To dlatego, że ten śmieć wystrzelił. Nie, to na pewno był on? W każdym razie muszę ruszyć dalej.
Za strzelcami Wielkiej Brytanni stali tarczownicy.
Ducasse wykorzystał pęd, żeby wyprowadzić pchnięcie w jedną z ich tarcz, jednak się nie przebił.
Użyłem za mało siły?!
Wtem przeciwnicy zaczęli się wycofywać.
Próbują uciec?!
Jeżeli się cofną, później będzie musiał znowu wziąć udział w ‘Marché de la mort’.
Ponownie rozbrzmiał dźwięk trąbek, wydając rozkaz do natarcia. Jeżeli wróg się wycofuje, macie go ścigać, przeć naprzód!

– Haaa!

– Są jak dzikie bestie! – krzyknął jeden z tarczowników.

– Zabiję cię! Przestań uciekać!

Wyprowadził kolejne pchnięcie piką, jednak tarcze stanowiły zbyt dużą przeszkodę.
Ponownie rozległy się strzały, tym razem zza tarczowników, przez co kilku towarzyszy Ducasse’a ucierpiało.
Wróg powoli się wycofywał.
Zwykle dźganie uciekającego przeciwnika w plecy było relaksujące jak polowanie, tym razem jednak Brytańczycy wycofywali się powoli, osłonięci cały czas tarczami, od czasu do czasu oddając strzały z muszkietów i bez przerwy utrzymując formację.

– Cholera! Giń! Przestańcie uciekać, tchórze!

– Odwrót! Zwiększyć tempo i się wycofać!

Ducasse odważnie parł przed siebie.
Kto by chciał doświadczyć ponownie marszu śmierci?! Rodzina czeka na mój powrót. Praca na farmie bardziej do mnie pasuje!

– Hiaaa!

Skoczył w górę, jednocześnie pchając piką prosto w tarczownika, dzięki czemu stworzył lukę w jego obronie. Nie przestawał atakować, aż w końcu dosięgnął przeciwnika trzymającego tarczę.

– Khhhh!

W końcu go trafił.

– Dźgnął mnie!

– Odwrót! Odwrót!

– Zmniejszyć dystans! Nie panikować!

Widząc nadarzającą się okazję, belgarscy żołnierze przeszli po zwłokach przeciwnika, jednocześnie dobywając mieczy. Tarczownicy z powodu wielkości swoich tarcz nie mogli poruszać się swobodnie, więc jeżeli padł jeden z nich, stawali się narażeni na ataki z boku.
Jednak zanim jeszcze którykolwiek z żołnierzy Belgarii mógł zaatakować, oddane zostały kolejne strzały, a lukę w obronie, którą stworzył Ducasse, załatali inni tarczownicy.
Tempo wycofywania się przeciwnika nie uległo zmianie.
Cała ta sytuacja się powtórzyła.
Z jakiegoś powodu Ducasse krzyknął:

– Haha! Będę was zabijać jeden po drugim, tchórze!

Ścisnął mocno swoją pikę, a potem całym ciałem staranował tarczę przeciwnika. Ponieważ natarł bezpośrednio na niego, uniknął ryzyka postrzelenia przez szpary pomiędzy żołnierzami.
Po raz kolejny jego broń dosięgnęła celu.
Trzeci!

– Haa!

Dam radę! Niech to się tu skończy!
Nagle usłyszał przerażony głos jednego z towarzyszy:

– Jesteśmy otoczeni!

Kto to powiedział? Nie rozumiem… Przecież wszyscy tarczownicy są przed nami, więc otoczeni przez kogo?
W tym momencie rozległ się kolejny huk wystrzałów, dochodzący ze wszystkich stron.

================================================

– Oswaldzie, wciąż uciekamy. Czyżbyśmy przegrywaliii?

– Och, moja wspaniała królowo, proszę uważać, żeby nie ugryźć się w język. Niedługo wojsko stanie.

– Oj, nie będziemy już uciekać?

Margaret użyła chusteczki, żeby zetrzeć z siebie pył. Nieprzerwanie obejmowała mocno prawą rękę Oswalda.

– Nie uciekamy. To manewr taktyczny. Cofamy się, przyjmując natarcie Belgarii przy użyciu tarczowników, podczas gdy formacja strzelców dzieli się na pół i flankuje ich z obu stron.

Siły Wielkiej Brytanni utworzyły formację wokół belgarskiej Siódmej Armii.
Margaret przechyliła głowę.

– Jeżeli skorupa ciasta jest za cienka, może się złamać przy przekładaniu na talerz, Oswaldzie.

Mimo infantylnego zachowania Margaret tak naprawdę rozumiała wojnę. Bóg obdarzył ją hojnie nie tylko rozumem, ale i sprytem, co prawdopodobnie było powodem, dla którego miała dość całego świata. Być może doskonale pojmowała całą sytuację.
Oswald pokiwał głową.

– W rzeczy samej, tym bardziej jeżeli przeciwnik jest tak silny, jak armia Belgarii. Co więcej, mają nad nami przewagę liczebną. Tak więc to bardzo zła strategia, pod warunkiem że będziemy przyglądać się jej z perspektywy ery mieczy i tarcz. Nasza armia dysponuje najnowszymi karabinami. Tarcze mogą powstrzymać ich piki, ale czy oni mają sposób, by zatrzymać nasze pociski? Nie, to niemożliwe. Dodatkowo muszą zreorganizować swoje szeregi, ponieważ przeciwnik ich oflankował. Jedynie żołnierze na zewnętrznej części formacji mogą walczyć przy pomocy pik, co jednak z tymi za nimi? Dadzą radę jakoś się przegrupować czy może zostaną pożarci żywcem przez nasze pociski?

– Ufufu. Nie mogę powstrzymać śmiechu, kiedy wyobrażam sobie, jak to planowałeś.

– Proszę wybaczyć mój brak taktu, moja delikatna królowo. Mogę się tylko modlić, by ta bitwa nie okazała się jedynie daremnym akademickim ćwiczeniem.

– Jesteś wyjątkowo pewny siebie.

– Dla dobra mojej wspaniałej królowej Margaret dałem z siebie wszystko, planując to starcie.

Oswald nie bazował jedynie na teoriach. Efektywność tarczowników wspieranych przez nowe karabiny została już udowodniona podczas wojny domowej. Sprowokował przygranicznych mieszkańców do buntu, a następnie wysłał armię, żeby stłumić powstanie. Eksperymentowanie na obywatelach Wielkiej Brytanni było zbyt krwawe, więc nie dopuścił, żeby Margaret się o tym dowiedziała. Nie miał też wyjścia. Wyciek informacji o nowych strategiach znacznie narażał realne działania, dlatego nie mogli eksperymentować poza krajem. Tym razem użyli tarczowników, albo raczej ich ciał, jako osłony, jednak prawda była taka, że mogli do tego wykorzystać dosłownie wszystko, byle tylko spowolnić marsz przeciwnika, nawet ciała poległych żołnierzy.
Margaret wyszeptała Oswaldowi do ucha:

– Nie wolno ci tego robić, Oswaldzie. Nie możesz zabijać moich poddanych dla swoich eksperymentów.

– Co… Jak?

– Nie mogę ci wybaczyć, że zmonopolizowałeś coś tak interesującego.

Margaret ugryzła go w ucho. Nie był to jednak zalotny gest. Włożyła w niego sporo siły i mogłaby w tym momencie spokojnie mu je oderwać.

– M-Masz na myśli tamtą rebelię, którą szybko opanowaliśmy? Moje… Najmocniej przepraszam, że donoszę o tym tak późno. To więcej się nie powtórzy. Będę uważa…?!

Tym razem Margaret polizała jego ucho, albo raczej wylizała miejsce ugryzienia, kojąc jego ból.

– Ojej, krwawi.

– Dla ciebie, ma wspaniała królowo, jestem skłonny ofiarować każdy skrawek mojego ciała. Nie ma dla mnie większego szczęścia, niż ci służyć.

– Ej, Oswaldzie.

– Obdarz mnie swą wolą.

– Ile dokładnie ludzi zabiliśmy?

– Cztery tysiące belgarskich żołnierzy podczas marszu, dwa tysiące podczas natarcia. Teraz, kiedy ich otaczamy, powinny dojść kolejne trzy tysiące.

– Chyba trochę więcej.

– Proszę mi wybaczyć. Nasza strona straciła około dwóch tysięcy.

– Och, to raczej niewiele – odpowiedziała z niezadowoleniem Margaret.

Nawet Oswald poczuł się zakłopotany, nie wiedząc, czy powinien przepraszać za coś takiego. Umieścili strzelców na pierwszej linii, ponieważ chcieli zredukować liczbę żołnierzy, z którymi będą musieli zmierzyć się tarczownicy. Powinni stracić przy tym około tysiąca ludzi, a od rozpoczęcia taktycznego odwrotu i oflankowania ich straty miały wzrosnąć trzykrotnie. Na każdego nacierającego wrogiego żołnierza przypadał współpracujący tarczownik oraz strzelec. Tarcze mogły bez problemu powstrzymać atak pik, jednak zbroje Belgarii nie wystarczyły, by zatrzymać pocisk karabinu wystrzelony z bliskiej odległości, tak więc Wielka Brytannia miała sporą przewagę w tej bitwie. Nawet jeżeli tarczownicy oraz wspierający ich strzelcy zostaliby pokonani, nadal posiadali rezerwowe siły na tyłach formacji. Tyczyło się to głównie flanek, od rozpoczęcia okrążania przeciwnika wysłano tam już sporą liczbę zapasowych żołnierzy. Dodatkowo przestawili działa, dzięki czemu mogli po raz kolejny otworzyć z nich ogień, a jako że armia Belgarii zacieśniła formację, okazały się wyjątkowo efektywne.
Obecnie siły Belgarii dysponowały dziesięcioma tysiącami, a Wielka Brytannia ośmioma.
Oswald jednak w głębi serca czuł podziw dla przeciwnika. Mimo tak niekorzystnej sytuacji zachowali spokój i zdyscyplinowani walczyli dalej.
Podczas jego ćwiczeń rebelianci po stracie pierwszej linii zdali sobie sprawę, że nie mają szans z karabinami, i rzucili się do ucieczki.
Armia Belgarii wiedziała, że już przegrała bitwę, jednak nie poddała się i walczyła dalej. Składała się z wyjątkowo szlachetnych oraz zdyscyplinowanych żołnierzy. Oswald powoli odurzał się tą sytuacją, zupełnie jakby w końcu ukończył jakieś genialne dzieło, w które włożył całą swoją pasję i któremu poświęcał każdą wolną chwilę.

================================================

Vicente miał spore problemy z tą niekorzystną sytuacją. Jego rola polegała na opracowaniu planu bitwy, podczas samego starcia ograniczała się jednak do doradzania dowódcy. Kiedy dochodziło do jakiejś nieoczekiwanej sytuacji, był uważany za stratega co najwyżej drugiej kategorii, natomiast ogólna strategia walki była opracowana przez niego. W przypadku porażki, o ile by przetrwał, czekałaby na niego kara.
Barguesonne krzyknął:

– Nie cofać się! Pokażcie im siłę cesarskiej armii!

– Taaa jeest!

Chociaż głos dowódcy był przepełniony siłą, nie sprawiał takiego wrażenia jak wcześniej, zupełnie jakby on też został zablokowany przez tarcze.
Huk wystrzałów dochodził ze wszystkich stron. Bez wątpienia większość pocisków trafiała w cel, nawet jeżeli chybiły żołnierzy na pierwszej linii. Dla kontrastu Belgaria potrzebowała kilku ataków, żeby zabić chociaż jednego przeciwnika.
Usta Vicente się trzęsły.

– Niemożliwe… Armia Belgarii nie jest najpotężniejsza na otwartym polu?

Przed bitwą, a nawet do tego momentu uważał, że ich żołnierze wyrwą przeciwników jak chwasty, a jego czeka świetlana przyszłość. Wierzył, że po walce będzie skąpany w chwale i pochwałach. Teraz widział jedynie śmierć swoich podwładnych, słyszał ich przeraźliwe krzyki, a świetlana przyszłość zaczynała zmieniać się w mroki rozpaczy.

– Jak… Niemożliwe…

Nawet jeżeli armia Belgarii reagowała trochę za wolno na wodzie i w lasach, nie miała sobie równych na otwartych terenach. Wcześniej na wschodnim froncie odnosili same sukcesy, którymi mogli się bez przerwy chełpić.

– Przecież… Zaplanowałem bezpośrednie starcie…

– Vicente! Weź się w garść!

Nie mógł zaakceptować tego, że zawiódł starego generała Barguesonne, który był dla niego jak ojciec.
Vicente krzyknął:

– J-Jeżeli damy radę podejść do przeciwnika, działa utracą jakiekolwiek znaczenie! Poczują na sobie chwałę cesarstwa! Tak powiedział kapitan batalionu, tak musi być!

– Co ty bredzisz?!

– Dlatego…! Dlatego wcale się nie mylę, generale Barguesonne! To oni są w błędzie!

– …

Barguesonne zrobił zawiedzioną minę.
Vicente ponownie krzyknął:

– Właśnie! T-To wina przygranicznego regimentu i tego Regisa Aurica! Jego słowa wpłynęły na morale naszych żołnierzy! Zazdrościł mi sukcesu, więc zdradził nasz plan wrogowi! Właśnie! Dlatego doszło do tej sytuacji!

– Wystarczy.

– Więc generał rozumie?

– Muszę naprawić twój charakter!

Vicente poczuł na sobie presję, jakby Barguesonne właśnie obwieszczał jego egzekucję. Miał wrażenie, że zaraz pchnie go swoją piką.

– He?!

– Dlatego… nie możesz tu umrzeć.

– Co?

– Zebrałem ludzi z najszlachetniejszą krwią do mojej obsady. Wielokrotnie przedyskutowaliśmy strategię, dopracowując ją w każdym możliwym szczególe. Ta przegrana oznacza moją porażkę jako dowódcy. Ktoś taki jak ty chce wziąć odpowiedzialność? Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie!

– Generale Barguesonne…

Po tych słowach Barguesonne zwrócił się ponownie do swoich żołnierzy:

– Nie przejmujcie się wrogiem na flankach! Przedrzemy się przez pierwszą linię i potniemy ich na kawałeczki! Pokażcie im dumę i ducha walki siódmej armii! Naprzód! Za cesarstwo!

– Tak jest!

Rozkaz rozpalił ponownie ducha walki jego ludzi, jednak gdyby nic się nie zmieniło, zostaliby wybici do nogi. Generał doszedł do wniosku, że skoro mają zginąć, powinni odejść jak bohaterowie. Farmerzy i przestępcy na pierwszej linii już polegli, a zawodowi żołnierze zaatakowali przeciwnika z jeszcze większą agresją.
Barguesonne wrzasnął:

– Naprzód! Atakować! Naprzód! Nie cofać się! Zmiażdżyć każdego przeciwnika na waszej drodze! Stąpać po tchórzach, którzy padli ze strachu na ziemię! Naprzód!

Barguesonne wykrzykiwał komendy, samemu także ruszając na przeciwnika.
Jego doradcy oraz straż, którzy nagle zostali w tyle, podążyli w panice za swoim dowódcą, podobnie otaczający ich żołnierze.

– Generał na pierwszej linii!

– Generał broni ruszył na wroga!

– Musimy za nim podążyć!

– Naprzód! Nikt poza siódmą armią nie obroni kraju! Jak niby mielibyśmy tu zginąć?! Pokonać wroga!

Szybko dotarli do tarczowników i wbili piki między nich. Po każdym pchnięciu dochodziło do wystrzału w odpowiedzi.
Kiedy jeden z żołnierzy dostawał kulę w głowę, inny idący za nim zajmował jego miejsce, więc atak nie ustępował.
Kilku piechurów odrzuciło swoje piki i próbowało rękami wyrwać tarcze przeciwnika. Nawet po otrzymaniu strzału w brzuch nie ustępowali, ponieważ działali w szale bitewnym. Tarczownik, który dał unieść swoją tarczę i w strachu ją puścił, a także strzelec za nim, w mgnieniu oka zostawał zalany pchnięciami pik.
Pod tą silną presją formacja przeciwnika zaczęła się załamywać.
Armia Belgarii odniosła poważne straty, jednak w końcu dała radę się przedrzeć, i to nie tylko na pierwszej linii.
Ktoś krzyknął po brytańsku:

– Odwrót! Odwrót!

Cesarscy żołnierze zaczynali wierzyć w wygraną, przez co nagromadzone do tej pory zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, nagle zniknęło.
Siła ich natarcia osiągnęła wtedy najwyższy poziom podczas całego tego starcia.
Barguesonne, mający poprowadzić właśnie kolejne natarcie, krzyknął:

– Naprzód! Szybciej! Już prawie ich pokonaliśmy! Naprzó…?!

Nagle poczuł silny żar po prawej stronie klatki piersiowej.
Nie mógł oddychać.
Pocisk przeszył jego zbroję i przebił płuco. Nawet próbując oddychać ustami, czuł, jak do płuc wlewa mu się krew, więc ostatecznie i tak nie łapał powietrza, ale topił się we własnej krwi.
Barguesonne pokonał wielu wrogów. Teraz zdał sobie sprawę, że przyszła jego kolej, by odejść.
Zacisnął mocno kolana na koniu, a następnie używając łokcia i żeber, zabezpieczył swoją pikę, by była skierowana w przód. Później chwycił nie lejce konia, ale grzywę rumaka i wyprostował plecy.
Miał płuca i usta zalane krwią, więc nie mógł już mówić. Zacisnął mocno wargi i otworzył szeroko oczy. Powoli odpływając w nieświadomość, powierzył wszystko koniowi. Pozwolił mu szarżować na przeciwnika, podczas gdy on sam umarł, siedząc na jego grzbiecie.

================================================

Do dorożki Oswalda i Margaret podbiegł posłaniec.

– Wróg na nas naciera!

– Jak to?

– Linia frontu już dłużej nie wytrzyma!

Siły Wielkiej Brytanni otworzyły symbol 凹, podczas gdy Belgaria dalej stała w kwadracie, ignorując żołnierzy na swoich flankach. Najwyraźniej zdali sobie sprawę, że otoczenie z trzech stron oznacza dla nich pewną śmierć, więc zdecydowali się przedrzeć przez front.

– Ojej, to okropne. Uciekną nam, jak tak dalej pójdzie.

Słowa Margaret nie oddawały jej myśli. Ludzie wkładali więcej szczerości w swoje działania, próbując uchronić swoje ubrania przed deszczem, niż ona w te słowa.
Oswald wzruszył ramionami.

– W rzeczy samej. Ale jak w takiej sytuacji miałby zareagować dżentelmen?

– Widać także i to wziąłeś pod uwagę.

– Oczywiście. W końcu zwierzyna jest najbardziej niebezpieczna w potrzasku. Walczy wtedy zaciekle do ostatniego tchu, próbując za wszelką cenę ocalić życie. Armia Belgarii dobrze radzi sobie w natarciu, jednak odwrót nie stanowi ich silnej strony. Jeżeli zostaną zaatakowani z obu flank jednocześnie, bez wątpienia przeprowadzą atak na front formacji przeciwnika.

Pierwsza linia Brytanni rozdzierała się jak dziura w kieszeni, a jej żołnierze wiwatowali, przekonani, że zaczynają wygrywać.
Oswald uśmiechnął się chytrze.

– Na wojnie nie możemy być tak kapryśni.

– To nie będzie nudne?

– Modlę się, aby nie.

Tak jak przed rozpoczęciem bitwy, strzelcy z flank zaczęli ponownie się gromadzić.
Kwatera także została przeniesiona.
Wkrótce znaleźli się za siłami przeciwnika.
Wszystko szło według ich planu.
Wrogowie byli zmęczeni przedzieraniem się przez oblężenie, a ich reakcję dodatkowo spowalniały ciężkie zbroje. Jedyne, co musieli zrobić brytańscy strzelcy, to strzelać w ich plecy.
Margaret ziewnęła.

– Widać chlubią się tym, że nie uciekają od walki. Chylę przed nimi czoła za posiadanie czegoś bardziej wartościowego od życia.

– Taki żywot żołnierza.

Margaret się nie myliła. Armia Belgarii powinna była się wycofać. Nawet jeżeli przegraliby to starcie, nie odnieśliby tak ciężkich strat jak obecnie. Atakując, jedynie dopuścili do sytuacji, w której strzelcy przeciwnika znaleźli się za nimi, celując im w plecy.
Być może nie do końca zrozumieli sytuację. Możliwe też, że nacierali tak w przekonaniu, że kwatera Wielkiej Brytanni znajduje się w środku formacji. Oswald już dawno przeniósł ją na lewe skrzydło, a następnie za strzelców. Front formacji pełnił jedynie rolę przynęty, która według planu miała zostać pokonana.
Oswald wydał rozkaz posłańcowi idącemu przy ich dorożce:

– Nie ma sensu przedłużać tej bitwy. Zmieciemy wroga jednym uderzeniem. Strzelcy mają ruszyć za nimi i wybić ich do nogi.

– Przyjąłem!

W tym momencie podbiegł do nich inny posłaniec.

– Pułapka! Zostaliśmy zaatakowani z flanki! Nie, teraz już od tyłu! Pięćset jednostek kawalerii!

– Co?!

– Ach, cesarscy Czarni Rycerze!

– Co?

Oswald aż podskoczył w miejscu. Gdyby nie Margaret, obejmująca jego rękę, spadłby z dorożki.
Wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić.

– Taka ilość nie ma znaczenia. W takim wypadku niech czwarty batalion na lewym skrzydle przechwy…

W tym momencie zza ich pleców dobiegły krzyki.
Już doszli do nas?! Przy tak rozległej sieci zwiadowców dowiaduję się o tym dopiero teraz?! Są o wiele za szybcy!

– Hę?!

– Haha! – Widząc minę towarzysza, Margaret się zaśmiała, jednak błyskawicznie zakryła dłonią usta. Po prostu nie mogła się powstrzymać. Po raz pierwszy Oswald wydał przy niej niezręczny dźwięk, robiąc przy tym wyraźnie zszokowaną minę.

Dowódca szybko zapanował nad sobą, wydając kolejny rozkaz:

– Przekazać jednostce Glendy rozkaz natychmiastowej operacji ratunkowej. Wszyscy ochroniarze z kwatery mają chronić życie jej wysokości Margaret za wszelką cenę!

Oswald taktownie odsunął rękę królowej, a następnie zeskoczył z dorożki.

– Wasza wysokość, może zrobić się tu teraz trochę głośno. Proszę chwilę poczekać.

– Co za szkoda, Oswaldzie. Tak męsko teraz wyglądasz. I co teraz? Jak zamierzasz mi to później wynagrodzić?

– Khh… Najmocniej przepraszam za pokazanie się z takiej strony.

Mimo sytuacji spróbował wymusić uśmiech.
Margaret położyła się na dorożce.

– Właśnie. Twoja twarz bez uśmiechu jest paskudna. To zabawne, jak nadający się jedynie do ukrywania po norach zając próbuje naśladować lwa.

– Usłyszeć takie pochlebstwo ze strony świętej królowej Margaret, cóż za zaszczyt – odparł Oswald z łagodnym uśmiechem, po czym zasalutował i odszedł w stronę miejsca, gdzie trwały walki i straż kwatery głównej już ścierała się z kawalerią.