Rozdział 3: Stone Bridge

16 kwietnia, wieczór, w jednym z trzynastu pokojów należących do Margaret.

Przed wielkim oknem skierowanym na zachód stał stolik, a na nim ciasto oraz czarna herbata. Przy ścianie ustawiły się pokojówki, gotowe na każde skinienie ich pani. Sama księżniczka siedziała z futrem zarzuconym na ramiona, większym niż jej łóżko, mając poza nim jedynie skąpą jedwabną sukienkę, ledwie zasłaniającą piersi i biodra. W świetle zachodzącego słońca wyglądała, jakby była skąpana we krwi.

– Jest tam napisane coś ciekawego?

– Najmocniej przepraszam, ale nic, co by zainteresowało waszą elegancką wysokość – odpowiedział Oswald, kłaniając się.

Margaret wskazała palcem jedną z pokojówek, która natychmiast podeszła do niej z koszykiem róż.

– Ciekawe, czy znaleźli Liz.

– Najmocniej przepraszam. Pojawiła się w Applewood, jednak zbiegła.

– Ojej, jaka ona szybka. Czy może po prostu nie masz zamiaru jej schwytać?

– Jak mógłbym…

– Lubię delikatnych mężczyzn.

– Eliminacja każdego, kto stanowi dla ciebie zagrożenie, moja pani, jest mym raison d’etre. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby chociaż pożałować losu księżniczki Elizabeth.

– Oj, jaka szkoda. Ja naprawdę jej współczuję, dlatego wybrałam róże.

Padające na kwiaty w koszyku wieczorne światło zabarwiło je na czerwono, przez co nie dało się określić ich rzeczywistej barwy. Najwidoczniej jedynie sama Margaret wiedziała, czemu wybrała właśnie ten gatunek. Oswald nawet nie próbował jej o to pytać; odpowiedź bez wątpienia zbiłaby go jeszcze bardziej z tropu.

– Tego ranka jeden z żołnierzy zobaczył dziewczynę wyglądającą jak Elizabeth, jednak chłopak, z którym podróżowała, pomógł jej uciec.

– Wyobrażałam to sobie inaczej. Gdyby to była sztuka, powinna zostać złapana od razu, po czym nastąpiłoby nasze spotkanie. Bliskie sobie siostry stały się wrogami. Pewnie wystąpiłaby nawet scena, w której się rozchodzimy. Bez wątpienia główna postać żeńska zdobyłaby serca całej widowni.

– Jest tak, jak mówisz.

– Ale… Jaka szkoda, że to nie sztuka. To mi przypomniało, że Glenda także udała się do Applewood.

– Tak, porucznik dołączyła do walki, jednak przegrała z chłopakiem, o którym wcześniej wspominałem.

– Ojej, cóż za zawód.

Ten chłopak wydaje się uzdolniony… Ciekawe, kto to – pomyślał Oswald.

Glenda nie miała sobie równych w armii. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś pokonał ją w walce jeden na jednego, i to używając sztyletu. Oswald po prostu nie mógł uwierzyć w to, że ktoś przewyższał siłą Glendę, nawet jeżeli ten chłopak zaliczał się do elity cesarskiej armii. Według raportów był to młody Belgarianin, jednak wcześniej dobrze przygotował się do wojny. Oni zaś dysponowali nową bronią, działami, sprzętem, a wszystko to z najnowszego stopu metalu, więc sama różnica w wyposażeniu powinna gwarantować jej zwycięstwo. Żeby to potwierdzić, sprzeda nowe uzbrojenie Księstwu Varden i innym sąsiednim krajom. Dlatego też tak bardzo chciał poznać tożsamość tamtego chłopaka.

Kto chroni Elizabeth?

Margaret zmrużyła oczy, patrząc na róże.

– To nieznośne… Porażka za porażką. Porażka za porażką, wspaniale, naprawdę wpadłam w nastrój.

– Dzięki łaskawości waszej wysokości ten wierny sługa nie będzie musiał znosić związanego z tym wstydu, proszę jednak o więcej czasu.

– Ciekawe, kiedy Liz tu dotrze.

– Śmiem wątpić. Obserwujemy wszystkie stacje, nie tylko Applewood.

Oficjalnie po to, aby trzymać w szachu rebeliantów, którzy dowiedzieli się o śmierci królowej.

Co prawda, stolicę od Applewood dzieliło jedynie 100 ml (160 km), ale między nimi leżały góry oraz lasy, przez co pokonanie tego dystansu wozem zajmowało pięć dni. Sprawy nie ułatwiały ustawione po drodze posterunki, tak więc księżniczka nie miała szans, by pokonać tę trasę.

– Tak długi spacer będzie bardzo męczący.

– Tak, pani.

Oswald obliczył szybko w myślach.

Jeżeli podróżowali przez las, nie mieli szans dotrzeć do stolicy w ciągu siedmiu dni. Mimo że Elizabeth im się wymykała, plan wciąż przebiegał po ich myśli, ponieważ królowa odeszła szybciej, niż zakładał.

Co więcej, Glenda odniosła jedynie niewielkie rany. Choć będzie musiała wrócić, jej ludzie pozostaną na posterunku, dalej polując na Elizabeth. Gdyby nie interwencja tamtego chłopaka, rozwiązanie problemu Liz byłoby o wiele prostsze.

Margaret przyłożyła różę do ust, a następnie ją polizała.

– Liz nie przyjedzie? A ja tak oczekiwałam naszego ponownego spotkania.

– Może ono nastąpić w momencie Świtu Deklaracji, kiedy zostaniesz, pani, królową… zaraz po uroczystości pogrzebowej.

Pogrzeb królowej Charlotte miał nastąpić w ostatni dzień Cichego Tygodnia, a koronacja jej następczyni następnego dnia.

Oswald ukłonił się głęboko, a w tym samym czasie Margaret wzięła różę w zęby.

– Weź ją.

– Cóż… za honor.

Przyjęcie prezentu od kogoś z rodziny królewskiej w jedną rękę było nie do zaakceptowania, dlatego chłopak uklęknął, położył raport na podłodze, a następnie przyjął kwiat w obie dłonie.

Spojrzenie księżniczki padło na raport.

– Fufu. Więc pojmanie Liz zakończyło się porażką.

– Tak mówi raport.

– Chyba powinnam ukarać odpowiedzialnego za tę porażkę. Co powinnam zrobić?

– To już decyzja waszej wysokości.

– A więc kara śmierci.

– Śmierci?

– Fufu. Tak, kara śmierci będzie odpowiednia.

– Czuję jedynie podziw do decyzji tak mądrej księżniczki. Za parę dni armia Wielkiej Brytanni rozpocznie działania wojenne. Jeżeli nie potrafią schwytać prostej dziewczyny, nie będą także w stanie wygrać wojny. Tak więc egzekucja osoby odpowiedzialnej za tę porażkę posłuży za ostrzeżenie dla całego wojska.

– Tak. Wspaniały pomysł, prawda?

Margaret wzięła kolejną różę, a następnie oberwała wszystkie płatki z kwiatu, wrzucając je do herbaty (która także w blasku zachodzącego słońca przybrała czerwoną barwę), a następnie ją wypiła.

===========================================================================================================

16 kwietnia, ranek.

Bastian i Elise po ucieczce z Applewood szli w stronę lasu. Nie udało im się znaleźć żadnego powozu. Bez niego dotarcie do stolicy przed rankiem 23 kwietnia graniczyło z cudem, a inne opcje podróży nie wchodziły w grę.

Przed wejściem do lasu usiedli pod drzewem, żeby trochę odpocząć. Pozwalało im to obserwować drogę, dzięki czemu, gdyby przejeżdżał jakiś wóz, mogliby poprosić o podwiezienie lub schronić się na nim, jeśli w pobliżu znaleźliby się ich wrogowie. W samym lesie Bastian miał możliwość wykorzystania swojego wyostrzonego słuchu, co dawało im większe bezpieczeństwo niż w mieście.

Elizabeth położyła na ziemi mapę, zaś Bastian westchnął.

– To daleko. Nawet jeśli zdobędziemy wóz, będziemy musieli minąć posterunki z wojskowymi.

– W dużych miastach też jest niebezpiecznie.

Elise pokiwała głową.

– Skoro tak, możemy wyskoczyć w tych punktach, ale im bliżej stolicy, tym trudniej będzie minąć posterunki.

– Racja.

Elise zrobiła zmartwioną minę, jednak jej wola, żeby obronić kraj, pozostała niewzruszona.

Istniał jeszcze jeden problem. Gdyby przeciwnicy otoczyli ich w otwartym terenie, nie mieliby żadnej możliwości ucieczki.

Naprawdę musimy podróżować do stolicy pieszo?

Elise wskazała punkt na mapie leżący na południowy wschód od stolicy.

– Chciałabym dotrzeć w to miejsce.

– Co tam jest?

– Fort Gray Bridge. Dowodzi nim Bruno Carlo, młodszy brat mojego ojca.

– Rozumiem… Ale czy można mu zaufać tylko dlatego, że jest twoim krewnym? W mojej rodzinie drugi brat otruł starszego i wysłał młodszą siostrę prosto na linię frontu.

– Więc trzeci syn uciekł z kraju?

– Dokładnie. Ach… – Bastian szybko zakrył usta.

Nieważne…. To pół na pół, prawda zmieszana z kłamstwami. Biorąc pod uwagę jej wiedzę, Elise na pewno jest zaznajomiona z politycznymi gierkami w Belgarii. Innymi słowy, i tak już wie. Co ważniejsze…

– Naprawdę możemy ufać temu dowódcy?

– Pochodzimy z wojskowej rodziny, więc po tym, jak mój ojciec, dyplomata, poślubił członka rodziny królewskiej, brat musiał go zastąpić i wstąpić do armii.

– Rozumiem.

Im ktoś był lepszym dyplomatą, tym większe korzyści potrafił uzyskać podczas negocjacji, dlatego też rodzina królewska była bardziej otwarta na przyjęcie w swoje szeregi dyplomaty niż wojskowego.

Bastian zaczął się zastanawiać, czy po powrocie do kraju nie zostać dyplomatą.

– Nie za bardzo lubię misje dyplomatyczne.

– Ale twój brytański nie jest zły.

– W końcu pewnego dnia stworzę literackie arcydzieło!

– Rozumiem, czyli przed tobą wciąż daleka droga do opanowania języka twojej matki.

– To nie to. Po prostu jestem w nim słaby, chyba.

– Mam ograniczone możliwości, ale pomogę ci, jak tylko będę mogła – powiedziała z uśmiechem Elise.

Zawstydzony Bastian zwiesił głowę.

– Babcia chwaliła sobie patriotyzm wujka Carlo i stwierdziła, że gdyby był dziesięć lat młodszy, zarekomendowałaby go do straży królewskiej. Poza tym mimo wysokiej pozycji w armii jest pacyfistą. Stolicę i fort dzieli tylko jeden dzień podróży, więc jeśli przydzieli nam eskortę, uda nam się dotrzeć na czas.

Bastian zastanowił się chwilę nad słowami Elise.

Racja. Samemu będzie mi trudno ją obronić. Jeżeli w pobliżu stolicy znajduje się ktoś, komu można zaufać, zwiększą się nasze szanse na dotarcie tam bezpiecznie.

– Nie mamy innego wyjścia. Oby naprawdę był godny zaufania.

– Co prawda, jest już po pięćdziesiątce, ale tryska energią. Na pewno zgodzi się nam pomóc.

– Dobra, skoro tak stawiasz sprawę. Ruszajmy.

Pamiętając nauki dziadka z czasów, kiedy ten zabrał Bastiana na wycieczkę w góry, zebrali trochę aralii, czekając na jakiś przejeżdżający tamtędy wóz. Do ugotowania jej potrzebna była sól, ale nadawała się także do bezpośredniego spożycia, tylko że smakowałaby po prostu okropnie. W normalnych okolicznościach chłopak nie pozwoliłby Elise tego zjeść, ale nie mieli innego wyjścia.

Jeżeli zostało nam tylko kilka dni, naprawdę będziemy musieli iść przez las.

Od rana nic nie przejeżdżało drogą. Kiedy już tracili nadzieję…

Na trakcie pojawił się wóz ciągnięty przez dwa konie. Brodaty woźnica był sam, bez obstawy, więc albo towary, które przewoził, nie miały dużej wartości, albo nie wątpił w swoją siłę.

Niech będzie – pomyślał Bastian, wychodząc z ukrycia.

– Przepraszam!

– Ach? Prrrr!

Widząc osobę w szkolnym mundurku, wychodzącą z cienia, woźnica się zatrzymał, jednak zachował czujność.

Bastian podbiegł do niego, a następnie, pochylając głowę, powiedział:

– Wyświadczyłby nam pan przysługę? Chcemy dotrzeć do fortu Gray Bridge. Moglibyśmy kawałek z panem podjechać?

– Gray Bridge? Po drodze zahaczę o kilka miast… – odpowiedział mężczyzna z ciężkim akcentem.

– Och!

Jego wiedza o geografii terenu opierała się jedynie na mapie, którą Elise narysowała na ziemi, jednak o ile wóz zmierzał w tę samą stronę, mogli spróbować swojego szczęścia.

– Proszę… – Elise złożyła dłonie.

Woźnica podrapał się po brodzie i marszcząc brwi, odpowiedział:

– Odsuńcie się. Skoro tak bardzo potrzebujecie wozu, znajdziecie jakiś w Applewood.

– T-To…

Bastian cofnął się trochę i wyszeptał do ucha Elise:

– Zostaw to mnie, mam pomysł.

– Oby.

Bastian się wyprostował i z pewną siebie miną ogłosił:

– Jesteśmy świętymi rycerzami walczącymi z armią ciemności. Jednak zostaliśmy wyrzuceni w to miejsce przez złego czarnoksiężnika. Pragniemy bez zwłoki powrócić do fortu, inaczej kraj ten czeka rychła zguba. Prosimy, wspomóż nas.

Elise kopnęła Bastiana z całej siły.

– Ha!

– Eeee?

Niespodziewający się tego ciosu chłopak padł jak długi na ziemię.

Woźnica spojrzał na nich podejrzliwie.

– Święci… co?

– Proszę mu wybaczyć, ma nawyk tworzenia niesłychanych historii… Ale… jest dla mnie kimś ważnym. – Elise się zarumieniła. – Prawdę mówiąc, uciekliśmy razem!

– C…?!

Elise posłała Bastianowi kolejnego kopniaka, tym razem w szczękę, zanim ten zdążył wstać.

– Ten głupiec nie jest zbyt obiecujący, nawet ja zdaję sobie z tego sprawę. Oboje pochodzimy ze szlachetnych rodzin i uczyliśmy się razem, jednak kiedy się w sobie za… zako…

– Zakochaliście?

Elise w odpowiedzi jedynie pokiwała głową.

– Ale mój ojciec nie pozwala mi być z synem hrabiego o tak paskudnym charakterze…

– Hmm… Ach, ostatnio dzieje się wiele podejrzanych rzeczy, szlachcice sprawiają naprawdę sporo problemów.

– W Gray Bridge przebywa mój wujek, tylko na nim mogę polegać. Błagam, proszę nas tam zabrać!

Woźnica zapadł w zadumę, drapiąc się w brodę, a Elise patrzyła się na niego błagalnym wzrokiem. Uciekła się nawet do użycia kłamstwa o ucieczce kochanków, co pokazywało, jak była zdesperowana i szczera w swoich zamiarach. Nie robiła tego tylko dlatego, żeby ocalić swoje życie, ale cały czas myślała o przyszłości kraju. Bastian zresztą podzielał jej poglądy.

W końcu woźnica spojrzał na klęczącą przed nim parę i wskazał za siebie, w stronę Applewood.

– Szy…

– Czyli odmawia pan?

– Szybko, wskakujcie na tył wozu. Szlachcice na przedzie będą przyciągać uwagę.

– Bardzo dziękujemy!

Elise ukłoniła się głęboko, a Bastian zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek wcześniej doświadczył podobnej wdzięczności.

Tego dnia spali pod gołym niebem.

Z powodu brody woźnicy Bastian i Elise nie byli w stanie zgadnąć jego wieku, jednak bez wątpienia zajmował się handlem od bardzo dawna i przywykł już do podróżowania.

– Zajazd? W ten sposób mówisz „do widzenia” swojemu zyskowi. Jeżeli chodzi o ognisko, zajmowanie się nim może być uciążliwe, ale przez większość nocy i tak śpisz.

Zjedli swoje jedzenie przygotowane na podróż. Woźnica pił alkohol, jednak pozostałym dał wodę, tę samą, którą poił swoje konie. Pochodziła z pobliskiego strumyka, jednak w obecnej sytuacji nie mogli prosić o jakiekolwiek luksusy.

Mężczyzna użyczył im także koców, żeby uchronić ich przed chłodną nocą. Otulili się nimi dokładnie pod drzewem, podczas gdy woźnica spał w tylnej części swojego wozu.

– Gwiazdy…

Coś nie tak?

– Kiedyś zezłościłam się na szambelana i uciekłam w góry. Zostałam tam na noc. Niebo wyglądało wtedy tak samo.

Przez gałęzie drzew widzieli nocne niebo. Wyglądało, jakby można było wyciągnąć rękę i dotknąć migoczących na nim gwiazd.

Elise poruszyła się pod kocem. Jej towarzysz słyszał szelest ocierających się o siebie materiałów.

– Ja… Nigdy nie patrzyłem tak na niebo.

– Rozumiem…

Bastian spojrzał na bok; twarz dziewczyny była skąpana w blasku gwiazd. Mimowolnie wyszeptał:

– Piękna…

– Tak, gwiazdy są naprawdę piękne.

– Ach! Tak!

– Hmm?

Elise spojrzała na niego. Ten zawstydził się swoimi słowami, więc odwrócił głowę, mówiąc:

– M… Mówiłem, że gwiazdy są piękne… Ś-Śpijmy już. Może i znaleźliśmy transport, ale musimy jeszcze dotrzeć na miejsce.

– Dobrze.

Chwilę później rozbrzmiewały już tylko ciche pomruki śpiących. Był to jedyny moment, w którym zwlekali z pójściem do łóżka.

Siedemnastego padało od wieczora.

Woźnica przygotował dla nich miejsce wewnątrz wozu, mówiąc, że chociaż zamoknięte towary stanowiłyby dla niego kłopot, woli to niż pozwolić, aby pasażerowie się przeziębili.

Osiemnastego dalej padało.

Podczas podróży urwało się koło, na szczęście Bastian dał radę je dogonić.

Dziewiętnastego natrafili na żołnierzy patrolujących drogę.

Bastian złapał Elise i wyskoczył z wozu niezauważony, ukrywając się na czas kontroli w lesie. Obydwoje sądzili, że już nie zobaczą swego dotychczasowego woźnicy, ale ten poczekał na nich kawałek dalej.

Dwudziestego kwietnia chmury w końcu się rozeszły.

Była, co prawda, wczesna wiosna, jednak pogoda przypominała środek lata.

Fort Gray Bridge leżał po drugiej stronie góry. Jej ściana, wyjątkowo stroma, wykluczała wspinaczkę, a użycie maszyn oblężniczych oraz kawalerii stawało się możliwe dopiero na niewielkim odcinku drogi w połowie wzgórza.

U podnóża góry leżało miasto.

Płynęły tamtędy dwie rzeki, których szum niósł się daleko, ponieważ zasilające je strumienie zostały wzmocnione przez kilkudniowe deszcze.

W świetle zachodzącego słońca cienie wydawały się wskazywać drogę ze wschodu na zachód.

Po opuszczeniu lasu podróżnicy przestali słyszeć szum wody, a ich oczom ukazała się droga prowadząca przez wielki, kamienny most. Był, co prawda, bardzo stary, ale wyglądał także na wyjątkowo bezpieczny do przeprawy.

Woźnica wskazał go ręką.

– Miasto zawdzięcza swoją nazwę temu mostowi.

– Rozumiem. Więc to jest Gray Bridge… Da się go użyć.

Widząc, że Bastian się zamyślił, Elise zrobiła bezradną minę.

– Znowu bujasz w obłokach?

– W stworzeniu arcydzieła racjonalne myślenie jedynie przeszkadza.

– Od Applewood nic się nie wydarzyło, jednak wciąż musimy zachować ostrożność.

– Bez obaw, obronię cię.

– Eeee.. Nie o to mi chodzi. Bastianie. Proszę, uważaj na siebie.

– Hmm? Dobrze.

Chłopak nie zwrócił większej uwagi na prośbę Elise. Co prawda, do tej pory nie mieli problemów, zawsze jednak istniała szansa, że coś mu się stanie w przyszłości.

Kiedy wóz przejeżdżał przez most, para obserwowała okolicę.

Przechodzili przez niego ludzie w zbrojach, wyglądali jednak na najemników. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dało się dostrzec żołnierza w brytańskim mundurze, więc prawdopodobnie pościg został w tyle.

Miastu Gray Bridge brakowało organizacji. Znajdował się tam, co prawda, rynek i wychodzące od niego alejki, jednak żadnej z nich nie dało się nazwać główną drogą. Na maszcie na środku placu wisiała czarna flaga, znak trwania Czarnego Tygodnia. W stolicy większość sklepów była pewnie zamknięta, ale to miejsce leżało w sporej odległości od niej, więc dało się dostrzec małe stragany i unikających się nawzajem wędrujących między nimi mieszkańców.

– Straszny tu bałagan.

– To nieuprzejme, Bastianie.

– Co tu się dzieje? Miasto wygląda jak w stanie wojny, a handlarze zachowują się niczym w dniu handlowym. Niby tu żywo, ale panuje okropny chaos.

– Heeeh – westchnęła Elise.

– To dlatego, że ta miejscowość leży pomiędzy dwiema rzekami, a w pobliżu są kopalnie, gdzie wydobywa się cenne kruszce, przekuwane na ozdoby.

– Więc to ta biżuteria jest tak popularna?

– Tak.

Podczas przyjęć w pałacu szlachcianki często rozmawiały o biżuterii. Być może nawet padała wtedy nazwa tego miasta. Wiedząc już, czemu jest takie znane, świeżo przybyła para zaczęła spoglądać na ulice z podziwem.

Woźnica zatrzymał się na rogu rynku. – I dotarliście w jednym kawałku. – Po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży się uśmiechnął.

Bastian i Elise zeszli z wozu i ukłonili się głęboko.

– Dziękuję także w imieniu mojego wujka.

– Nie musicie. Ważne, żeby kochający się ludzie byli razem. Dbajcie o siebie.

– Ach… – Elise zrobiła smutną minę. Kiedy już miała coś powiedzieć, Bastian wyciągnął rękę i ją zatrzymał.

Woźnica towarzyszący im od pięciu dni machnął lejcami i po prostu odjechał, szybko znikając w jednej z uliczek.

– Nie musisz się tym przejmować.

– Tak, rozumiem.

Unieśli głowy, spoglądając na fort leżący na szczycie góry. Jeśli chodzi o wiek, nie ustępował wiele staremu mostowi, przez który przejeżdżali wcześniej. Nieświadomie Bastian zaczął się zastanawiać nad sposobem, aby zdobyć tę fortecę, jednak szybko pokręcił głową, aby odrzucić te myśli.

Od fortu dzieliła ich spora odległość.

– Ciekawe, czy dotrzemy tam przed kolacją – rzucił Bastian, spoglądając na zegar.

– Skoro jesteś głodny, możemy się tutaj za czymś rozejrzeć.

– Nie mamy pieniędzy. Chyba że sprzedasz swoją sukienkę, jak to wcześniej zrobiłaś z chusteczką.

Elise się zarumieniła.

– Jesteś bezwstydny, Bastianie!

– Tylko żartuję. Hmm?

– Coś się stało?

– Cóż… nie mogę znaleźć mojego zegarka…

– Co?

Bastian przeszukał ubranie, ale nie mógł nigdzie zlokalizować przedmiotu, który przywiózł z Belgarii.

Westchnął głęboko.

Był pewien, że miał go ze sobą, gdy uciekali z Applewood. Przez te kilka dni nigdzie nie biegał ani nie zatrzymywał się w innych miastach, a ludzie, których spotykał przez ten czas, wyglądali na uczciwych.

Elise spochmurniała, a Bastian odchylił głowę, założył swoje okulary przeciwsłoneczne i się zaśmiał.

– Cóż, pewnie upuściłem go gdzieś po drodze tutaj.

– He?

– Co?

Na smutnej twarzy Elise pojawił się uśmiech.

– Nic. Więc naprawdę potrafisz pokazać się z innej strony…

– Cóż, pospieszmy się. Chciałbym jeszcze dzisiaj zjeść coś ciepłego!

– Fufu. Racja.

Bastian wyciągnął dłoń ku Elise i ruszyli w stronę fortu Gray Bridge, trzymając się za ręce.

===========================================================================================================

Biuro Oswalda, noc 19 kwietnia, kilka dni przed tym, jak Bastian i Elise dotarli do fortu.

– Proszę o wybaczenie – powiedziała mająca obandażowaną głowę Glenda, kłaniając się.

Przy ścianie stał spory regał z książkami, a na środku pomieszczenia wielki stół konferencyjny, używany do omawiania strategii. Leżały na nim dwie mapy. Jedna przedstawiała samą Wielką Brytannię, druga natomiast sąsiadujące z nią kraje.

Oswald zajął miejsce na krześle. Chociaż w pokoju była sofa i inne podobne meble jak skórzany fotel, księżniczka Margaret usiadła na samym stole, w dodatku na jednej z map. Oboje mieli na sobie swoje codzienne ubrania.

Pokojówki spojrzały na osobę, która właśnie weszła. Co prawda, wszystkie były kobietami, jednak niepokoiła je zbroja, którą miała na sobie świeżo przybyła.

– Porucznik Glenda Graham składa raport – powiedziała, składając ukłon.

– Dobrze się spisałaś.

Podwładni Oswalda jak zawsze wykazywali się uprzejmością, jeszcze nigdy nie zachowali się niestosownie.

Margaret wyglądała na szczęśliwą.

Nie była za wysoka, jednak dzięki temu, że usiadła na stole, miała oczy na tym samym poziomie co Oswald.

– Oj, oj, co się dzieje, Oswaldzie?

– W czym rzecz, moja kochana księżniczko?

– Glenda już tu jest.

– Wyznaczyłem jej nowe zadanie, dlatego przywołałem ją z Applewood.

– Fufuf… Pamiętam coś o karze śmierci dla osoby, która zawiodła. Wyjaśnij, co się tu w takim razie dzieejeeee.

Księżniczka zawsze dostawała to, czego tylko zapragnęła, a codzienna rutyna ją nudziła, tak więc ta nieoczekiwana sytuacja wprawiła ją w dobry humor.

Spojrzała na Glendę – jej oczy wyglądały, jakby biło od nich światło. Były piękne, jednak jednocześnie samo spojrzenie sprawiało wrażenie przerażającego.

Glenda stanowiła elitę wśród brytańskiej armii, jej odwaga także nie miała sobie równych, w tym momencie jednak nie potrafiła skryć niepokoju.

Margaret nie była zwykłą księżniczką. Nawet królowa nie mogła ot tak po prostu skazać kogoś na śmierć, taka decyzja musiałaby zostać zatwierdzona przez senat. Jeżeli dwudziestu z trzydziestu parlamentarzystów zgłosiłoby sprzeciw, rozkazu by nie wykonano. To jednak nie dotyczyło Margaret. Wszelkie jej zachcianki natychmiast spełniano. Oswald był jedynie pułkownikiem, więc miał nad sobą trzy stopnie generalskie, jednak nikt wyższy rangą nie przebywał w stolicy. W dodatku rycerz ten posiadał na tyle silny autorytet, że jego decyzje miały wpływ na całą brytańską armię.

Margaret się zamyśliła, czekając na to, co powie Oswald, który milczał już przez jakiś czas.

Glenda przełknęła głośno ślinę, a następnie, kłaniając się ponownie, wykrzyczała:

– N-Najmocniej przepraszam!

– Za co? Za pozwolenie Liz na ucieczkę z Applewood, zgubienie tropu czy może za fakt, że się urodziłaś?

– Uch…

– Glendo, to nie wypada. Masz piękną twarz, nie powinnaś robić tak strasznej miny.

– Ugh… By odpokutować, złapię chłopaka, który towarzyszył księżniczce Elizabeth.

– Tym nie musisz się tak przejmować. Prawdę mówiąc, cieszę się, że spotkam Liz wcześniej.

– Rozumiem… – Oswald w końcu dołączył do dyskusji.

– Moja księżniczko, pozwól temu oficerowi złożyć raport o wykonanej karze śmierci.

– Fufu, niech więc mówi. Nawet jeżeli cenisz sobie podwładnych bardziej ode mnie.

– Jakbym śmiał. Zgodnie z rozkazem jako przykład dla całej armii przeprowadzono egzekucję osoby, która nie wykonała twego rozkazu.

– Ojej, cóż więc właściwie się stało?

– Co prawda, ma mądra księżniczka bez wątpienia o tym wie, ale Glenda nie dowodziła w Applewood. Jest jedynie porucznikiem. Dowodził tam tego dnia podpułkownik.

– Aaach. – Margaret pokiwała głową, nie skrywając przy tym radości. – Jaka szkoda, że tego uniknąłeś. Chciałam zobaczyć, jak robisz zakłopotaną minę. Cały mój wysiłek poszedł na marne.

– Niżsi rangą oficerowie jak ona są jedynie kamieniami pod twymi nogami, nie musisz zwracać na nich uwagi, wasza wysokość.

Margaret wzruszyła ramionami, a potem przywołała jedną z pokojówek, która przyniosła jej kubek.

Oswald wrócił do tematu.

– Poruczniku, według twoich raportów księżniczka Elizabeth nie przybędzie bezpośrednio do stolicy.

– Tak! – Glenda stanęła na baczność. – Księżniczka Elizabeth musi tutaj wrócić przed rankiem dwudziestego trzeciego. Nie może użyć pociągu, tak więc jej jedynym wyjściem jest powóz, a to ma swoje ograniczenia. – Kobieta wskazała palcem mapę.

Oswald podążył za jej wzrokiem. Co prawda, na części tej mapy siedziała, pijąca herbatę, księżniczka Margaret, jednak całkowicie zignorował ten fakt.

– Chodzi o pokonanie zewnętrznych murów stolicy, czyli coś, czego samotny chłopak nie jest w stanie zrobić – podsumował.

Glenda wysłuchała tego wniosku, nie ruszając nawet palcem, a Margaret… skarżyła się, że herbata jest chłodna, przez co pokojówka, którą ją podała, zaczęła panicznie przepraszać.

Nagle księżniczka spytała:

– Ej, Oswaldzie? Liz naprawdę tam pojedzie?

Mimo tak nagłego pytania mężczyzna odpowiedział:

– Przypuszczam… Że kierują się do fortu Gray Bridge.

Według raportów, znajomości krewnych Elizabeth oraz jej wiedzy geograficznej nie miała po prostu innego wyboru. Oczywiście istniała szansa, że się podda i polegając na swoim towarzyszu, ucieknie do Belgarii… Jednak nie była osobą, która zrobiłaby coś takiego. Zresztą w takim przypadku nie ryzykowałaby pojawienia się w Applewood.

– Fort Gray Bridge?

– Tak.

– Fufu… Innymi słowy, całkiem niedaleko.

Margaret w uwodzicielski sposób poprawiła nogi; prawie można było dostrzec, co ma pod spódnicą. Oswald pozostał niewzruszony, Glendę natomiast aż wmurowało. Na odsłoniętym teraz fragmencie mapy, na obszarze pomiędzy fragmentem wysokiej jakości sukni i śnieżnobiałymi nogami księżniczki leżał obszar w pobliżu Queen’s Tower.

Margaret spojrzała uwodzicielsko na Oswalda.

– Fufu… Gray Bridge. Ciekawe, gdzie on leży na mapieee.

– Tutaj, wasza wysokość.

Oswald bez zawahania wskazał palcem miejsce na mapie, wsadzając rękę pod spódnicę księżniczki. Czuł przy tym ciepło bijące od jej ciała.

Margaret uniosła głos.

– Aaaaaach, bliżej, niż sądziłam.

– Co prawda, nie ma tam linii kolejowej, jednak powozem można tu dotrzeć w przeciągu dnia. Pieszo zajęłoby im to pięć.

– Więc… wyślesz tam Glendę?

– Tak, a wraz z nią oddział muszkieterów. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, pomogą jej schwytać księżniczkę Elizabeth żywcem.

– Oczyyywiiiścieee.

– Nigdy więcej nie zawiodę twej wspaniałej osoby. Proszę czekać na dobre nowiny.

– Fufu.. Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy.

– Tak. – Oswald przez chwilę nie wiedział, jak ma odpowiedzieć.

Margaret wyciągnęła ręce, dotykając z uśmiechem jego policzków.

– Też chcę tam pojechać. Mam dość tego nudnego miejsca.

– Rozumiem… Wedle twej woli – odrzekł. Tylko tyle był w stanie zrobić, ponieważ nie mógł poruszyć nawet palcem.

Księżniczka nagle zabrała ręce i elegancko zeszła ze stołu. Pokojówki stojące do tej pory bez ruchu dopiero teraz zareagowały. Była jak dziki kot, pełna życia i niebywale zwinna.

– Wspaniale, Liz, po prostu wspaniale. Tak się cieszę. Co powinnam włożyć na nasze spotkanie? Którą suknię? Muszę dobrze wyglądać.

Pokojówki podążyły za Margaret, która skierowała się do drzwi. Po jej wyjściu w pokoju ponownie zapanowała cisza i spokojna atmosfera.

Oswald położył dłoń na czole i westchnął, a potem spojrzał na Glendę, rumieniącą się aż po uszy.

Co prawda, była od niego starsza… Nie, porównywanie ich w ten sposób… Zbyt okrutne.

– Po prostu zostaw wszystko muszkieterom i straży Margaret.

Oswald podał Glendzie dokumenty. Kobietę to wyraźnie zdziwiło.

– Hmm? Wasza ekscelencja to przewidział? – Jej słowa mogły wydawać się aroganckie, jednak miała rację.

Oswald wzruszył ramionami.

– Tylko głupcy nie biorą parasola tylko dlatego, że akurat w tym momencie nie pada.